Jenny Hval „Blood Bitch”

Strumień życia

Najpopularniejsza internetowa wyszukiwarka, pomagając mi w napisaniu tej recenzji, podpowiada, że czerwień to kolor symbolizujący „życie, emocje i skrajne uczucia”. To cenny trop w dekodowaniu „Blood Bitch” – concept albumu poświęconego menstruacji. Dla Jenny Hval temat kobiecości i jej znaczenia w kulturze nie jest niczym nowym. Na najnowszym longplayu Norweżka dociera jednak do sedna – snuje swój dźwiękowy esej i równocześnie tworzy najbardziej oszałamiające kompozycje, jakie dane mi było słyszeć w tym roku.

Kluczowym składnikiem tej godnej Pulitzera układanki jest zdolność, z jaką Hval operuje głosem – od zmysłowego szeptu urozmaiconego plondrofonicznymi wycieczkami, po niesamowite popisy wokalne w bardziej piosenkowych, ale nadal skrzywionych i eterycznych fragmentach płyty. 36-latka pławi się w życiodajnej czerwieni – naświetla jej niezaprzeczalną moc oraz pokazuje cierpienie i emocjonalne skołowanie z nią związane. Dla młodego mężczyzny, takiego jak ja, jest to lekcja cenniejsza niż opasłe antropologiczne tomiszcza. Wprawdzie momentami trudno się tego słucha, ale jeszcze trudniej jest się od tej muzyki odwrócić i zatkać uszy.


Jenny Hval
„Blood Bitch”
Sacred Bones
5A!
MUZYKA