Jasna strona technologii – rozmowa z Agimem

Agim Dżeljilji to postać w środowisku polskiej muzyki prawdziwie nietuzinkowa. Budząca podziw wiedza muzyczna, świetne podłoże warsztatowe oraz niespożyte pokłady energii do działania. Agim nie boi się eksperymentów, co pokazywał zarówno w macierzystym zespole Őszibarack, jak i w pobocznym projekcie Nervy, współtworzonym z Igorem Pudło ze Skalpela. Niespełna kilka dni temu, Agim pokazał światu EP-kę Votulia, która jest jego solowym debiutem. Muzycznie wierny techno i nie stroniący od eklektycznych rozwiązań, a do tego odważnie zapraszający ciekawych gości.


Zacznijmy od Twojego stosunku do muzyki techno. Jak wiemy, techno u nas w kraju jest…


…modą (śmiech). Z perspektywy moich wieloletnich doświadczeń, ktoś mógłby mnie teraz posądzić o koniunkturalizm. Spójrzmy na ostatnią płytę Őszibarack, 12. To nie jest techno, absolutnie, ale idea i sposób budowania napięcia bliskie elektronice, zostały przeniesione na żywy grunt, jakim jest zespół. Kiedy nagrywaliśmy ‘dwunastkę’ zasłuchiwaliśmy się w labelu Systematic. Były to czasy, kiedy takiej muzyki nikt u nas nie znał. Oczywiście, mam kilku kumpli vide Karol Rakowski aka Spectribe, twórca Slapu, którzy z powodzeniem organizowali imprezy techno w owym czasie. Pamiętam też, że moich kolegów ze szkoły muzycznej, zawsze zachwycała harmonia, melodia, tudzież zgłębianie techniki gry. Mnie fascynowała repetytywność, mój klucz do wyrażania emocji. Potem pojawiły się melodie, bunt i okres cold wave’u. Wkręciłem się też w krautrocka i to jest kolejny przykład mody! Słucham tego gatunku od – żeby nie skłamać – blisko dwudziestu lat. Ostatnio jest dosyć popularny, co jest super, ale na fali tego zainteresowania pojawiła się dyskusja, jak obecnie o techno. Przejdźmy do meritum – różne odmiany techno, elektroniki towarzyszyły mojej karierze od początku. Przerażała mnie jednak “labelizacja”: trzeba ograniczać się do pewnego schematu myślowego i nie daj Bóg, zboczysz z tego toru, a momentalnie wypadasz z orbity środowiskowej. Natomiast, na fali mody – pozwolę sobie na złośliwy komentarz – wiele osób, które totalnie nie czuje elektroniki, próbuje wypłynąć na szerokie wody. W moim przekonaniu, muzyka elektroniczna wymaga jednego podstawowego elementu – gustu. Możesz nie posiadać oszałamiających umiejętności warsztatowych, ale musisz mieć wrażliwość i wyczucie. Kiedyś elektronika była bardziej hermetyczna, dzisiaj jest to element stylu. Pamiętam, jak debiutowaliśmy z Őszibarack we Wrocławiu na Porcie Literackim w 2004r. Zaczynamy, publika stoi jak zamurowana i nagle ktoś się odzywa “o co wam chodzi?!”. Ten moment był dla nas bardzo motywujący, pokazał, że mamy swój dress code brzmieniowy, jesteśmy inni. 


Votulia jest albumem konceptualnym. O czym mówi ów koncept?

O czymś pozornie banalnym, co nabrało na sile, w kontekście tego, co dzieje się na świecie – o strachu. Stał się głównym bohaterem bieżącej narracji. I nie chodzi tylko o sytuację polityczną w Europie, z którą nie potrafię się pogodzić. Votulia mówi również o strachu przed technologią, która źle wykorzystana może uczynić nas nieszczęśliwymi. W utworze Rajka, Kamil Durski aka Klark śpiewa tekst traktujący m.in. o tym. Zależało mi, żeby opisał te odczucia w sposób nieinwazyjny.  

Ważnym problemem jest czynnik, który uczynił nas tak silną cywilizacją – komunikacja werbalna. Nawet teraz czuję pewną ułomność, bo słowo nie jest w stanie stuprocentowo oddać tego, co czuję. Muzyka jest elementem popkultury, czymś wyjątkowym, tworzonym przez artystów mających status gwiazd. W pewnym momencie stanie się zupełnie oczywista. Technologia umożliwia tworzenie muzyki niemalże każdemu. Być może, będzie to nowy wymiar języka, komunikacji niewerbalnej, w której słowo nie będzie egzystować. Słowo wypacza nasze intencje, zezwala na ich ukrywanie. Muzyka w swojej najczystszej postaci, czyli wtedy, kiedy masz kontakt z publicznością, pozwala na interakcję najistotniejszymi emocjami – miłością, prawdą czy empatią.

W klipie do Panzerschokolade ukazana jest manipulacja. Tancerz jest alegorią ludzkości, a muzyk swoistym władcą marionetek.


Panzerschokolade to przewrotny tytuł, można go interpretować na wiele sposobów. Wysyłam pewien sygnał, a w jakiej postaci dotrze on do odbiorcy, to już indywidualna kwestia. Zainspirowałem się określeniem na mieszanki narkotyczne, które otrzymywali niemieccy żołnierze podczas II WŚ po to, żeby pozbyć się strachu, byś mocniejszymi fizycznie i psychicznie. To przemysłowe myślenie o zagładzie jest czymś przerażającym, ale powinniśmy o tym mówić. 


Boisz się postępu technologicznego, robotyzacji i zaniku prawdziwych międzyludzkich relacji. Swoją muzyką starasz się rywalizować z dystopijną wizją przyszłości?

W czasach ogromnego chaosu informacyjnego, ciężko jest odróżnić prawdę od kłamstwa. To obecnie jedno z największych zagrożeń. Każdy z nas ma przydzieloną funkcję, niezależnie od tego, co robi. Moja siła rażenia jest znikoma i czuję bezsilność, mimo tego, nie mogę być biernym. Muzyka elektroniczna jest często odbierana jako ta zła-hedonistyczna, liczy się tylko tu i teraz. Oczywiście, to piękne, nawiązuje do kultury plemiennej, kiedy poprzez taniec się jednoczyliśmy. Z drugiej strony, muzyka powinna nas uwrażliwiać i nieść za sobą konkretne treści. Uczucie melancholii łagodzi, pozbywa agresji i sprawia, że czuję się lepszym człowiekiem. Zobacz, że na festiwalach muzyki elektronicznej ludzie są bardzo przyjaźni, uśmiechnięci, wrażliwi. Cieszę się, że kolejne pokolenie jest pozbawione peerelowskiego balastu, tej siermięgi. Mają wyrobiony gust, podróżują, znają języki. Rzeczy z pozoru banalne, ale wpływające mocno na naszą świadomość bycia częścią Europy.


Dla mnie i mojego pokolenia to naturalne rzeczy, przez co często ich wartość jest bagatelizowana.

Oczywiście. Miałem szczęście, że wychowywałem się w międzynarodowej rodzinie. Od dziecka podróżowałem i poznawałem obce kultury, co wyrobiło we mnie poczucie smaku i wrażliwości. Wiele zawdzięczam rodzicom, którzy pokazali mi kawałek świata, przy okazji ucząc mnie tolerancji i empatii. Strach przed innością jest mi obcy. 

A jaki wpływ owe międzynarodowe czynniki miały na Votulię, która jest pozbawiona etnicznego sznytu, będącego sporą składową poprzednich projektów. Rodzice edukowali cię też w kierunku muzycznym?


Ojciec grał amatorsko na klarnecie, mama uprawiała solowy balet, skończyła też szkołę muzyczną w klasie akordeonu. Rodzice nie mieli jednak bezpośredniego wpływu na to, czego słuchałem, z wyjątkiem zaszczepienia przez matkę miłości do klasyki i  Glenna Millera. Oddałem mu hołd na płycie Plim Plum Plam Őszibarack, eksperymentując z instrumentami dętymi w elektronice, co dzisiaj nie jest już niczym wyjątkowym. Całe życie szukałem muzycznego Świętego Graala. Obecnie wole się skupić na barwie, emocjach i “ujarzmianiu maszyn”. Punktem przełomowym była dla mnie płyta  Die Mensch Machine zespołu Kraftwerk, którą miałem szczęście usłyszeć w wieku 6 lat. Wujek kolegi z sąsiedztwa mieszkał w Kanadzie i miał sporą kolekcję płyt. Dostałem wyżej wymienioną w prezencie, odpaliłem i przeżyłem wstrząs, który ukształtował mnie muzycznie na lata.

Na Votulii pojawia się sporo gości. Część z nich to Twoi przyjaciele, a część reprezentuje nową muzyczną falę.

W pewnym stopniu rządził tym przypadek. Do zaśpiewania Rajki długo szukałem odpowiedniego wykonawcy. Usłyszałem Kamila na jednym z koncertów, gdzie śpiewał w chórkach. Pomyślałem, że muszę mieć go na płycie! Pracowaliśmy nad jego głosem rok z przerwami, był bardzo konsekwentny i w końcu się udało. Najwięcej pracy wykonała Karolina Kozak, bez której ta kolaboracja by się nie udała. Z BeMy to była zabawna historia – poznaliśmy się na siłowni. Puściłem im kilka numerów, spodobało im się, a praca nad kawałkiem trwała dosłownie 2 dni. Natomiast z Noviką przyjaźnimy się i współpracujemy od wielu lat. Nie wyobrażaliśmy sobie sytuacji, w której miała by się nie pojawić na mojej płycie. 

A jak ci się występuje samemu, bez udziału zespołu?

Jedynym minusem bycia samemu na scenie jest niemożliwość dzielenia radości z innymi, Współprzeżywanie sukcesu to najpiękniejsze uczucie.

Votulia posiada kosmiczną aurę, fascynujesz się kosmosem?

Tak, ale ująłbym to w kategorii sarkazmu. Nasza cywilizacja nadaje sobie dziwną wyjątkowość, a patrząc z perspektywy uniwersum nic nie znaczymy. Fascynuje mnie ta pustka. Ray Kurzweil, wybitny uczony, który zaczynał od przemysłu muzycznego – stworzył pionierski syntezator, którego pierwszym nabywcą był Stevie Wonder jest propagatorem transhumanizmu i uważa, że kolejnym etapem naszej ewolucji będzie przeniesienie bytu fizycznego do wirtualnego. Być może, pozwoli to pozbyć się widma czasu i przestrzeni. W tej kategorii kosmos mnie zachwyca. My, ludzie, nie możemy interpretować wszystkiego linearnie. Jeżeli nadal będzie się nam wydawało, że dolecimy na jakąś planetę statkiem w 30 lat, to jest po nas. Trzeba to przeskoczyć – dekonstrukcja materialna, zapis w kodzie i rekonstrukcja już na miejscu.


Widziałeś serial Black Mirror? San Junipero, jeden z ciekawszych odcinków, mówił o pośmiertnym przeniesieniu świadomości do bytu wirtualnego.


Oczywiście, wszystkie odcinki. Przypomniałeś mi teraz mój dzisiejszy koszmar. Śniło mi się, że wraz z żoną trafiliśmy do wielkiego kinowego kondominium. Przemysłowa ilość ludzi, za nami ogromna kolejka, a pani w kasie pyta, na co chcemy iść. W repertuarze jakieś niewypowiedziane głupoty, okropne filmy. Dla mnie była to swoista ubojnia i degradacja umysłu, taka bezwiedna konsumpcja. Skojarzyłem to  z innym odcinkiem Black Mirror, w którym pokazana była bezsilność jednostki – bezcelowa praca polegająca na pedałowaniu, nagrodą był nic nie znaczący występ w TV show, gdzie wyśmiewano łudzących się uczestników. Technologia pozornie nas łączy, a tak naprawdę w jej obliczu stajemy się samotni.

Twój proces twórczy przebiega w spokojnym tempie, jesteś perfekcjonistą?

Perfekcjonizm jest nie tyle przejawem mojej szlachetnej cechy, co objawem strachu przed porażką. Lubię samotność w studiu, jednak każde moje podejście do kolejnej koncepcji jest nasączone bojaźnią. W kulturze techno podoba mi się rodzaj ulotności, powstaje wiele singli, EP-ek, które szybko przepadają, robią miejsce kolejnym. Swoisty termin przydatności, zupełnie jak układanie i burzenie hinduskiej mandali. 

Na koniec zapytam Cię o plany jeśli chodzi o wydanie pełnego albumu.


Od półtorej roku mam gotowy materiał na cały album. Mogę zapewnić, że żaden z utworów znajdujących się na Votulii nie pojawi się na nadchodzącej płycie, która prawdopodobnie ukaże się na jesień.