Janis była sobą tylko na scenie

Dokumentalistka Amy Berg w swoich filmach poruszała już tak kontrowersyjne tematy jak molestowanie dzieci przez księży („I zbaw nas od złego”), szokujące praktyki Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich („Ofiary proroka”) i sprawa „Trójki z West Memphis” – nastolatków, którzy skazani za zabójstwo spędzili w więzieniu 18 lat pomimo braku obciążających ich dowodów. Jednak największym wyzwaniem w jej karierze okazał się film poświęcony… Janis Joplin. „Jestem kobietą i matką i nie lubię patrzeć, gdy inni są wykorzystywani i krzywdzeni. Może dlatego, że jestem Wagą” – zauważa ze śmiechem Amy Berg, gdy spotykamy się na festiwalu w Wenecji. „W moich filmach walczę z korupcją i molestowaniem, ale „Janis” różni się od pozostałych. Może dlatego tak trudno było mi się z nim rozstać”.

Praca nad „Janis” zajęła ci 10 lat. Dlaczego tak trudno było zrealizować ten film? Opowiadasz w końcu o rozpoznawalnej na całym świecie ikonie.

Amy Berg: To miał być mój drugi film – rozpoczęłam nad nim pracę w 2006 r., zaraz po „I zbaw nas od złego”. Realizacja dokumentów takich jak ten zawsze zajmuje dużo czasu i sporo kosztuje – na same materiały archiwalne trzeba było wydać 400 tysięcy dolarów. Kiedy skończyłam „West of Memphis”, pewnego wieczoru poszłam na kawę z producentem Alexem Gibneyem. Wtedy po raz pierwszy od wielu lat uwierzyłam w to, że tym razem wreszcie się uda. Alex zgodził się zostać moim współpracownikiem, a w przeciwieństwie do mnie zna się na praktycznej stronie tego biznesu. Okazał się bardzo pomocny, choć i tak potrzeba było kolejnych dwóch lat, by film ostatecznie doszedł do skutku. Poza tym nigdy nie chodziło mi o to, żeby zrobić film o „ikonie”. Chciałam raz na zawsze rozprawić się z mitem „klubu 27”. Nie podoba mi się, gdy ludzie usiłują wrzucić Janis do tej szuflady – to, co powiem, zabrzmi może szowinistycznie, ale męskich członków tego „klubu” zawsze traktowano jednak trochę inaczej. Wszyscy wyrządzilibyśmy sobie ogromną krzywdę, zapamiętując Janis wyłącznie jako kobietę, która przedawkowała heroinę.

 

Zamiast typowej narracji postanowiłaś skupić się na pisanych przez nią listach, które w filmie czyta znana piosenkarka Cat Power.

Zawsze zależało mi żeby ludzie wreszcie usłyszeli jej głos. Wybierałam muzykę, opierając się na historiach z jej życia – chciałam, by znalazły swoje odzwierciedlenie w piosenkach. Z tego powodu nie ma w filmie utworu „Mercedes Benz“ – nie udało mi się znaleźć odpowiedniego wizualnego komponentu. Dążyłam do tego, by pokazać, kim Janis była jako kobieta. Dlatego tak ważne było znalezienie kogoś, kto przeczyta te listy, nie uzupełniając ich o jakieś drugie dno. To były listy Janis i chciałam, by takie pozostały. Pewnego razu słuchałam wywiadu z Cat Power i od razu zrozumiałam, że będzie doskonała. Tak jak Janis pochodzi z Południa i też wcześnie opuściła rodzinny dom. Joplin przez całe życie dręczyło przekonanie, że zdradziła własną rodzinę. To dlatego wciąż pisała listy. Chciała dać im do zrozumienia, że wciąż jej na nich zależy. Cat łatwo było to zrozumieć. Mnie zresztą też – moi rodzice byli surowi i szybko zaczęłam się buntować. Teraz sama jestem matką i trochę inaczej spoglądam na pewne sprawy. Kiedy masz dziecko, zawsze pragniesz przede wszystkim tego, by było bezpieczne.

 

Powiedziałaś, że chciałaś pokazać, jaką była kobietą. Jak ją postrzegasz po tylu latach pracy nad tym filmem?

Janis była pierwszą kobietą, którą można by określić mianem gwiazdy rocka. To, kim była, zawdzięcza temu, z czym całe życie walczyła. Była zafascynowana wszystkim, co nie pochodziło z Port Arthur. Jej rodzice zachęcali ją do poznawania innego sposobu myślenia, sztuki i kultury. Czyli tego, czego brakowało w miejscu, gdzie dorastała. Kiedy wreszcie odnalazła swoje miejsce, było to dla niej wyzwalające doświadczenie. Janis przeszła wtedy niezwykłą transformację; z zagubionej dziewczynki z małego miasta stała się sławną piosenkarką w boa i ogromnych kapeluszach. Była prawdziwą prekursorką i pewnie dlatego niektórzy uważali, że w pewnym momencie stała się własną karykaturą. To bardzo interesujące, kiedy widzisz ludzi, którzy w taki sposób manifestują swoją osobowość.

 

Janis nie wyglądała jak typowa gwiazda estrady. Myślisz, że to, w jaki sposób postrzegała swoje ciało, wywarło na nią wpływ?

Zdecydowanie. Ten wątek wciąż powracał w rozmowach z tymi, którzy ją znali. Myślę, że wpłynęło to także na jej uzależnienie od narkotyków. Kiedy brała heroinę, traciła na wadze. Miała wtedy wrażenie, że sprawuje kontrolę nad swoim ciałem. W listach, które ostatecznie nie pojawiały się w filmie, sama o tym wspomina. Pisze: przestałam brać, ale znowu zaczynam tyć. Kiedy przyglądam się dzisiaj młodym ludziom i temu, co robią w mediach społecznościowych, wydaje mi się, że walczą w ten sposób o akceptację. Przecież właśnie o to chodzi w tych wszystkich lajkach. Janis też jej pragnęła, ale ją wyzwoliło dopiero odkrycie, kim naprawdę jest. Myślę, że ten film i jej historia mogą zachęcić wielu ludzi do tego, żeby poszukać w życiu jakiegoś głębszego sensu, a nie tylko wystawiać swoje ciało na pokaz.

 

 

Udało ci się porozmawiać z wieloma ludźmi, którzy z nią pracowali. Żałują tego, co się stało?

Myślę, że każdy z nas czasem wolałby cofnąć się w czasie i zrobić wiele rzeczy zupełnie inaczej. Zwłaszcza Sam Andrew [współzałożyciel zespołu Big Brother and the Holding Company, do którego Janis dołączyła w 1966 roku], który niestety zmarł przed kilkoma miesiącami. Patrząc z perspektywy czasu, każda z osób, z którymi rozmawiałam, uważa, że powinna była lepiej wykorzystać ten krótki moment, który spędziła z Janis. Joplin wydawała się zadowolona z kierunku, w jakim zmierza jej życie. Myślę, że tamtej ostatniej nocy po prostu czuła się bardzo samotna – miała się spotkać z grupą przyjaciół, ale nikt nie przyszedł, więc wzięła podwójną dawkę heroiny. I przedawkowała. To był wyjątkowo silny towar, a Janis nie brała regularnie. Rozmawiając z ludźmi, którzy ją dobrze znali, odniosłam wrażenie, że można było tego uniknąć.

 

Myślisz, że był w jej życiu moment, który mógł wszystko zmienić? Na przykład kiedy w 1965 roku wróciła do domu?

Ale to nie okazało się przecież żadnym rozwiązaniem! Powrót do miejsca, które przyniosło jej tyle bólu, nie mógł niczego zmienić. To był bardzo dziwny czas – nagle porzuciła wszystko, do czego tak uparcie dążyła, i wróciła do szkoły. Przez chwilę wydawało się, że podda się konformizmowi i zostanie kolejną znudzoną panią domu. Rozstanie z Peterem de Blanc, z którym była zaręczona, było dla niej bardzo trudne, ale wydaje mi się, że to właśnie wtedy stała się Janis Joplin. Trudno było mi uchwycić to w filmie, bo dysponowałam tylko jednym zdjęciem Petera. To dlatego w ciągu siedmiu minut wykorzystuję go aż dwukrotnie [śmiech].

 

Jej relacja z niezwiązanym z przemysłem muzycznym Davidem Niehausem miała chyba na nią dobry wpływ.

Myślę, że David, którego poznała w 1970 roku, mógł być taką niewykorzystaną szansą. Ich związek pokazał jednak, jak sławna była Janis i jak trudno było wtedy pogodzić kobiecie taki rodzaj kariery z życiem prywatnym. Był silniejszy niż jakikolwiek mężczyzna, z którym była, i dał jej to, czego najbardziej pragnęła i czego całe życie szukała. Ale i tak nie udało mu się jej ocalić.

 

W przeciwieństwie do „Amy” w twoim filmie nie ma „czarnego charakteru”, osoby, którą można by obarczyć winą za to, co się wydarzyło.

W mojej historii chodziło przede wszystkim o samą Janis. O to, kim była i co udało jej się osiągnąć w tak krótkim czasie. W jej przypadku nie można obwiniać przemysłu muzycznego, bo Joplin zaakceptowała wszystko, co ze sobą niósł. Tak samo było w przypadku sławy. W moim filmie nie chodzi więc o to, żeby kogoś obwiniać. Wiele osób porównuje ten film do „Amy”, a to przecież dwie zupełnie różne historie, choć Amy Winehouse wiele zawdzięcza Janis. Zresztą nie tylko ona – każda współczesna gwiazda popu wychowywała się na jej piosenkach. Nie boję się tych porównań, bo sama uwielbiam dokumenty, ale na wszelki wypadek obejrzałam film Asifa Kapadii dopiero po ukończeniu montażu. To był niezwykły rok dla dokumentu muzycznego i zainspirowało mnie to do tego, by zrobić jak najlepszy film.

 

Trudno opowiedzieć taką historię bez nadawania pewnym rzeczom posmaku sensacji?

Cały czas starałam się trzymać z daleka od wszystkiego, co mogłoby mieć taki wydźwięk. Zrobiłam ten film, bo chciałam opowiedzieć o Janis, a nie o narkomance, która zmarła z igłą w dłoni. Nie o to chodziło w jej życiu. Dlatego największe wyzwanie stanowiła dla mnie decyzja, czym mogę podzielić się z widzem. Jak nie przekroczyć tej granicy, jednocześnie zachowując szczerość, bo chciałam być pewna, że pokazuję prawdę. Byłam jej to winna.

 

Postanowiłaś uzupełnić film o komentarze współczesnych artystek. Dlaczego nie chciałaś wpleść ich w film?

Janis wywarła wpływ na te wszystkie kobiety, ale stało się to już po jej śmierci. Nie stanowią części jej historii, a ja nie chciałam, by cokolwiek odwracało od niej uwagę. Niektóre z ich argumentów bardzo do mnie przemówiły, ale bez względu na to, jak bardzo się starałam, wciąż wydawały mi się nie na miejscu.

 

Uważasz Janis za niezwykle wpływową kobietę. Jednak w życiu osobistym była bardzo zagubiona. Trudno uznać ją za ikonę feminizmu.

Niektórzy z muzyków, z którymi pracowała, wciąż wyrzucają jej to, że się ich pozbyła. Ale musicie zrozumieć, że Janis nie była osobą, która godzi się na pierwszą lepszą rzecz i trzyma się jej do końca życia. Wciąż rozwijała się jako kobieta oraz muzyk i jak zauważył w filmie jej były manager John Cooke, gdy chciała spróbować czegoś nowego, nic nie było w stanie jej powstrzymać. Była ciekawa, co może ją spotkać, gdy odejdzie z zespołu, więc to zrobiła. Siła Janis objawiała się przede wszystkim podczas występów – jej koncerty były prawdziwym manifestem feministycznym. Była sobą tylko na scenie. Wystarczało jej trochę whisky i od razu czuła się na właściwym miejscu. To dość powszechne. Pink powiedziała mi kiedyś, że podczas tych dwóch godzin na scenie czuje bliskość Boga. A potem wraca do swojego autobusu, gdzie czeka na nią tylko butelka wina i kilka godzin snu, po czym wszystko zaczyna się od nowa. Ten film ma ułatwić zrozumienie tego, kim była Janis. A nie ma na lepszego sposobu na to, żeby przekonać się o jej sile niż słuchanie, jak śpiewa „Summertime” czy „Piece of My Heart”.

 

Rozmawiali Kuba Armata i Marta Bałaga

 

Dodaj komentarz