Inspiracje Krzysztofa Zalewskiego

Krzysztof Zalewski – laureat drugiej edycji Idola, muzyk, kompozytor, wokalista, autor tekstów i multiinstrumentalista, w najnowszym albumie „Złoto” śpiewa o Polsce i uczuciach, a nam opowiada o dziesięciu inspiracjach, dzięki którym znajduje się dziś w tym, a nie innym miejscu.

Teatr Lalki i Aktora i Teatr im. Osterwy w Lublinie

teatrlalka

Mama zaczęła zabierać mnie do teatru kiedy miałem 3 lata. Zderzenie z alternatywną rzeczywistością na scenie, feerią barw i dźwięków, zanurzenie się w formie, która nakazywała wierzyć, że papierowa kukiełka to straszny smok – to wszystko wstrząsało mną do głębi. Pamiętam też jaki dumny byłem, że bileterki mówią mi po imieniu (byliśmy tam co tydzień).
Kiedy skończyłem lat 8, mama uznała, że jestem wystarczająco dorosły i zaczęła zabierać mnie do teatru dramatycznego na tzw. poważne sztuki. Pierwsza była „Iwona Księżniczka Burgunda” Gombrowicza. Umówmy się więc – start miałem niezły. Tylko przez długi czas bałem się jeść niefiletowanych ryb (Iwona dławi się ością).
Nie zostałem fanatykiem teatru jak moja kochana mama, ale zostałem przez nią zarażony bakcylem sztuki. Dzięki tym doświadczeniom odkryłem, że obok naszego istnieje alternatywny świat sztuki, niczym nieograniczony, ponadczasowy i większy od nas samych. Dzięki Ci, Mamo!

Pani Gruszka z Państwowej Szkoły Muzycznej im. K. Lipińskiego w Lublinie i

Pani Gruszka pojawiła się niczym Mary Poppins, kiedy byłem w szóstej klasie. Uczyła zasad muzyki i prowadziła chór. Znakomita nauczycielka (koła kwintowego nauczyła mnie w 5 minut i pamiętam je do dziś), ale przede wszystkim osobą, która zaraziła mnie pasją do śpiewania, ukazała morze możliwości związanych z tymże. Na przykład uczyła nas danego utworu a potem sterowała całym chórem jak magnetofonem, zwalniała nas i przyspieszała, kazała symulować wyczerpujące się baterie. Pamiętam, że specjalnie dla nas sprowadziła jakiegoś maestro od chórów z Holandii, żeby przygotował nas na koncert. I tak oto w wieku 12 lat śpiewałem 12 częściową mszę Vivaldiego.
Organizowała obozy szkoleniowe, pierwsze wyjazdowe koncerty. Na pewno wywarła na mnie wielki wpływ i dziękuję jej za to z całego serca.

Queen

freddie_mercury_

To pierwszy zespół, którego byłem absolutnym fanem. Do tego stopnia, że nawet kiedy nie podobały mi się niektóre nagrania, tłumaczyłem sobie, że muszą mi się podobać, bo to przecież Queen (tak było np. z piosenką „Mustapha”, którą dziś uwielbiam). Na pewno Freddie Mercury wywarł na mnie największy wpływ jeżeli chodzi o śpiewanie. Polecam odnaleźć fragment a capella w piosence „Prophet’s Song” z albumu „Night At The Opera”. Jako 9 latek przewijałem ten fragment w kółko. Nadal czasem to robię, tyle, że już nie muszę przewijać, bo taśma magnetofonowa odeszła do lamusa.

Nosowska i Hey

hey-nosowska

Pierwszy polski zespół jakiego byłem fanem, głównie za sprawą magicznej osoby Kasi Nosowskiej. Na pierwszym koncercie Hey byłem mając 10 lat. Wszystkie teksty znałem na pamięć, mimo że ich sens często tłumaczyć musiała mi mama. Tekstami Nosowskiej przesiąknąłem od stóp do głów, więc kiedy czasem ktoś mi mówi, że moich tekstach pobrzmiewają echa Kaśki przyjmuję to jako wielki komplement. Potem grałem z Hey i z Kaśką solo przez jakiś czas i do moich najprzyjemniejszych obowiązków należało przypominanie Kasi od jakich słów zaczyna się np. druga zwrotka, kiedy czasem na moment zapominała. Nagraliśmy nawet jakiś czas temu razem z Katarzyną cover Maanamu „Lipstick On The Glass”. Może jeszcze kiedyś ujrzy światło dzienne.

Ważne płyty

plyta-the-doors

Pozwolę sobie wymienić kilka płyt, które wywarły na mnie szczególny wpływ, otworzyły kolejną klapkę w głowie.
Gershwin „Błękitna Rapsodia i Amerykanin w Paryżu”, Queen „Night At The Opera”, „Innuendo”, Radiohead „OK Computer”, Soundgarden „Superunknown”, Tool „Undertow”, Bowie „Outside”, „Low” i „Heroes”, The Beatles „Revolver” i „Rubber Soul”, The Doors „The Doors”, Frank Zappa „Overnight Sensation”, Led Zeppelin „Houses Of The Holy”, Michael Jackson „Off The Wall”, Stevie Wonder „Innervisions”, QOTSA „Songs For The Deaf”, Pink Floyd „Wish You Were Here”, „Dark Side Of The Moon”, „The Wall”…
Pewnie czytając to za jakiś czas złapię się za głowę, jak mogłem pominąć tyle, niezmiernie ważnych dla mnie płyt, ale wypisane powyżej na pewno zajmują ważne miejsce w mojej głowie.

Koncerty, na których byłem

sting-osiwecim

Było kilka takich koncertów, po których długo dochodziłem do siebie, które zmieniły moje postrzeganie muzyki, sprawiły, że nabrałem nowego zapału do jej tworzenia.
Chronologicznie:
– Koncert Iron Maiden w czerwcu 2000, w katowickim Spodku – pierwszy mój duży koncert. Zostałem na rękach współwyznawców wyniesiony przed scenę, gdzie mogłem przez moment zobaczyć moich idoli z bliska (póki nie wyniosła mnie ochrona). Mocne przeżycie dla chudego piętnastolatka, Maidenów może już nie słucham, ale nadal jestem „wierzący”.
– Koncert Bjork na Openerze. Wersja piosenki „Yoga” na żeński oktet dęty, wbiła mnie w ziemię i doprowadziła do łez.
– Koncert Radiohead w Poznaniu – jak wyżej, tyle, że bez żeńskiego oktetu. Przy piosence „Creep” ryczałem jak bóbr.
– Koncert Flaming Lips na Offie. Odzyskałem wiarę w ludzkość. Na moment wyzbywszy się cynizmu, wznosiłem, wraz z innymi, ręce do góry w modlitwie o pokój na Ziemi. Brzmi tandetnie, ale wzruszenie było prawdziwe.
– Koncert Stinga w Oświęcimiu – może nie był to najlepszy koncert na świecie, ale strasznie dobrze chłop śpiewa. Pomyślałem – skoro on potrafi, to może ja też.
– Koncert Natalii Przybysz w Stodole – pierwszy raz widziałem, jak ktoś dyryguje półtoratysięcznym tłumem. I na dodatek ów tłum czysto śpiewa.
Swoje piętno odcisnęły też na mnie koncerty Queen, ale te niestety oglądałem już tylko na DVD. Ostatni koncert Queeni zagrali na Węgrzech, kiedy miałem ze trzy lata. Mama nie chciała mnie puścić.

Koncerty, które zagrałem

koncert-zalewski

Szkoła szkołą, ale najwięcej można się nauczyć praktykując. Zagrane koncerty ukształtowały mnie najbardziej. Szczególnie te zupełnie solowe, kiedy musiałem w pojedynkę mierzyć się z indyferencją słuchaczy. Nauczyło mnie to wiele. O prowadzeniu koncertu i o pisaniu piosenek. Oczywiście, grając jako muzyk akompaniujący też nauczyłem się wiele – co robić kiedy zawodzi sprzęt a także jakimi składnikami najlepiej ograć akord c – moll.

Fonoplastykon

Duży wpływ na moją osobowość muzyczną miał czas spędzony w studio Fonoplastykon we Wrocławiu. Marcin Bors, szef studia, otworzył mnie na nowe rejony w muzyce, o których nie miałem pojęcia. Poza tym przez prawie dekadę spędzoną w okolicach Fonoplastykonu nagrałem setki chórków, przeszkadzajek i różnych innych drobiazgów, dzięki czemu nauczyłem się lepiej śpiewać i grać, a także poznałem lepiej proces pracy w studio. Nie do przecenienia jest również fakt, że przesiadując tam poznałem mniej pewnie połowę polskiej branży muzycznej. Tam poznaliśmy się m. in. z zespołem Pogodno czy z Muchami.

Filmy

film-stowarzyszenia-umar%e2%94%bceych-poeto%e2%95%a0uw

Film jest najważniejszą ze sztuk jak mawiał Lenin. W moim przypadku może nie najważniejszą, ale jednak bardzo istotną.
Na pewno na moje postrzeganie świata wielki wpływ miały filmy Monty Pythona (szczególnie „Sens Życia). Nauczyły mnie pewnego dystansu do rzeczywistości. Zawsze, kiedy moje ego niebezpiecznie się nadyma przypominam sobie piosenkę z tego filmu śpiewaną przez Erica Idle o tym, jak wielki jest Wszechświat i jak niewiele znaczymy w jego skali.
Jeśli już o kinematografii i jej wpływie na młodzieńczy, chłonny umysł to nie mogę nie wspomnieć „Dnia Świra”, „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, „Forresta Gumpa”, czy z muzycznej bardziej strony – „The Doors” Oliviera Stona czy „Stop Making Sense” Talking Heads.

Miłość Miłość

Wszystkie moje miłości – te szczęśliwe, a tym bardziej te nieszczęśliwe odcisnęły swój ślad na mojej twórczości. Nie wspominając już o tym, że większość moich kolegów muzyków (tak jak ja), za pierwszą gitarę chwytali, by zrobić wrażenie na tej jedynej, niespecjalnie zainteresowanej. Poza tym porządnie złamane serce jest warunkiem koniecznym dla uzyskania odpowiedniego poziomu empatii. I pisząc piosenki nie trzeba nic wymyślać – wystarczy sobie tylko przypomnieć. Innymi słowy: dziewczęta – rzucajcie chłopaków. Będą z tego piękne love songi:)
I przede wszystkim moja niesłabnąca, żarliwa miłość do muzyki i głęboka wiara w to, że to ona łagodzi obyczaje i to ona może nas uratować. A jeśli kiedyś na Ziemię przybędą kosmici, jedyne „języki” , jakimi będziemy mogli się z nimi skomunikować (jeśli choć trochę będą podobni do nas) to muzyka i matematyka. Na doktorat z matmy już chyba trochę za późno, więc pozostaje mi muzyka.
Poza tym jak powiedział John Lennon: all you need is love.