„Mam na imię Lucy” Elizabeth Strout

Między ciszą a ciszą

Życie jest ulotne, więc warto pielęgnować relacje i odważnie iść po swoje. Wiem, to brzmi, jak najgorszy banał. I w ustach większości nim jest. Ale Elizabeth Strout jest wyjątkiem. Jej proza pełna jest takich pozornie banalnych zdań. Oszczędna w formie, prosta w języku w pierwszych chwilach wydaje się zupełnie przeciętna. Jednak po chwili lektury widać wyraźnie, że ważne wcale nie jest to, co napisane, ale to, co niewypowiedziane. Amerykańska powieściopisarka znana jest z tego, że w swoich książkach operuje głównie ciszą. Jej nagrodzona Pulitzerem „Olive Kitteridge”, na podstawie której powstał miniserial HBO, to doskonały przykład.

Nie inaczej jest z „Mam na imię Lucy”, opowieści o córce i matce, które po latach spotykają się w szpitalu. Fabuła jest prosta. Córka choruje, a matka się nią opiekuje. Przez kilka dni siedzą obok siebie i rozmawiają między drzemkami, kolejnymi badaniami i wizytami pielęgniarek. Nie dzieje się nic więcej i nic więcej dziać się nie musi, żeby historia wywarła na czytelniku ogromne wrażenie. Narratorem tej minipowieści jest pisarka Lucy, która po latach wspomina ostatnie spotkanie z matką. Z oszczędnych opowieści poznajemy trudne dzieciństwo kobiety, która wychowała się w ubóstwie, walkę o zawodowy sukces, którą stoczyła, mieszkając już w Nowym Jorku, i cenę, którą zapłaciła za swoją odwagę. Znów brzmi to banalnie, ale uwierzcie mi – nie jest.

Odbiór historii Lucy zależy trochę od tego, kto ją czyta i co chce w niej znaleźć. I nie chodzi o to, że to uniwersalna opowieść, w której każdy może się przejrzeć. To raczej historia, którą każdy może odczytać na swój sposób. Trudno o „Mam na imię Lucy” pisać, bo to książka pokazująca, że im mniej nazywasz, tym więcej widzisz. Nie ucieknę więc od banału i napiszę, że warto czytać. Nawet wtedy, kiedy okładka w pastelowych barwach, wyimek łzawy, a opis przypomina historię ze szpitalu na peryferiach. Najlepsze rzeczy dzieją się po cichu i tak właśnie, po cichu, Lucy skradła moje serce.


„Mam na imię Lucy”
Elizabeth Strout

Wielka Litera

5A!