Horror to nie rollercoaster – wywiad z twórcami filmu „Widzę, widzę”

Do domku na prowincji do swoich synów bliźniaków wraca matka. Po operacji, z twarzą w bandażach, szybko traci nerwy. Odrzuceni chłopcy zaczynają podejrzewać, że to obca kobieta. By ustalić jej tożsamość, sięgają po coraz bardziej niekonwencjonalne środki. Z Austriakami Veroniką Franz i Severinem Fialą, twórcami „Widzę, widzę”, jednego z bardziej głośnych i intrygujących horrorów sezonu, rozmawiamy o tym, dlaczego lubią horrory, jak smakują karaluchy i dlaczego drażni ich kino Michaela Hanekego.

Veroniko, pracujesz z Ulrichem Seidlem od jego debiutu fabularnego – „Upałów” z 2001 r. Jesteś współautorką scenariuszy do najbardziej cenionych filmów Austriaka, przede wszystkim trylogii „Raj”. Z kolei Severin jest kuzynem reżysera. Nic dziwnego, że „Widzę, widzę” wydaje się bardzo seidlowskim filmem, ale opowiedzianym w konwencji horroru.
Veronika: Gdy pracowaliśmy nad trylogią z Ulrichem i pisaliśmy kolejne sceny, nieraz powtarzałam: „Jeszcze krok, a zrobimy z tego horror”. Z Severinem uwielbiamy takie kino, zarówno klasykę spod znaku „Oczu bez twarzy” Georges’a Franju, jak i współczesne slashery.
Severin: Można powiedzieć, że jesteśmy filmowymi dziećmi Seidla. „Raj” czy „Upały” są dla mnie takimi socjologicznymi horrorami. My zaczęliśmy od podobnego punktu wyjścia, ale postanowiliśmy iść w zupełnie innym kierunku. Moja współpraca z Veroniką zaczęła ok. 15 lat temu, kiedy zostałem niańką jej syna. Do Wiednia przyjechałem z prowincji, gdzie nie docierały najciekawsze tytuły. Veronika była wówczas krytyczką, wspólnie oglądaliśmy filmy na kasetach wideo. Okazało się, że mamy podobną wrażliwość i wizję kina, tego, jak powinno wyglądać, ale nie planowaliśmy stanąć za kamerą. Wszystko zmieniło się za sprawą austriackiego aktora Petera Kerna. Veronika uznała go za ciekawego bohatera. On też tak uważał, ale pomstował: „Nikt nie ośmieli się zrobić o mnie filmu”. To był trudny człowiek. W 2012 r. pożyczyłem kamerę ze szkoły. Zaryzykowaliśmy.

Powstał dokument o aktorze, który wszystkich obraża, włącznie z wami. Antypatyczna postać rodem z fabuł Seidla. Widziałem ten film.
Severin: Naprawdę? Jesteś wybrańcem. To była największa frekwencyjna porażka w historii austriackiego kina. Film obejrzało chyba czterystu widzów. Na szczęście miał minimalny budżet. Nic dziwnego, że do naszego kolejnego projektu nie ustawiła się kolejka producentów. Ale postanowiliśmy nadal pracować razem. Może się wydawać, że na planie filmowym nie ma miejsca dla dwóch reżyserów, ale my się świetnie uzupełnialiśmy. Gdy Veronika chciała coś zmienić, wiedziałem, że nie robi tego tylko dlatego, że chce po prostu postawić na swoim. Poza tym pisanie scenariusza w pojedynkę to prawdziwy horror. Traci się dystans, rozeznanie w tym, co jest dobre. Pracując z kimś, od razu masz pierwszą publiczność, widzisz, jak twój tekst działa.
Veronika: Podczas zdjęć ekipa filmowa była bardzo zaskoczona, że mówimy wspólnym głosem. Byli zadowoleni. Nakręciliśmy wszystko w ekspresowym tempie, więc mieli sporo wolnego. Spory zaczęły dopiero w montażowni, ale godził nas nasz świetny montażysta.

„Widzę, widzę” to film, w którym dzieci stają się agresywne wobec swojej matki. W recenzjach wasz horror stawia się obok „Funny Games” Michaela Hanekego. Mnie podczas seansu do głowy przyszło za to skojarzenie z „Białą wstążką” Hanekego…
Veronika: Nie chcę tego słuchać (śmiech). Nie znoszę tego filmu. Gdzie widzisz związek?

Dzieci i agresja. Dzieli je kilka pokoleń, ale dla bohaterów obu filmów przemoc pozostaje uniwersalnym językiem. Pytanie, czy zło jest immanentne, czy też wyzwala je społeczeństwo, w obu też pozostaje świadomie bez odpowiedzi.
Veronika: Oczywiście tworzymy w pewnym kontekście kulturowym, od którego nie da się uciec. Szanuję Hanekego, znam te filmy, jedne lubię, część – może nie powinnam tego mówić – doprowadza mnie do szału. Takie skojarzenia powstają jednak raczej w głowie widza, który chce nasz film skatalogować, postawić go na półce wśród innych obejrzanych tytułów.
Severin: Ale to i tak lepsze skojarzenie niż z „Funny Games”. Nie chcieliśmy na pewno wchodzić w dialog z kinem Michaela Hanekego i nie widzimy punktów wspólnych. Cenię jego twórczość, ale „Funny Games”, do którego jest porównywane „Widzę, widzę”, to przecież kino nieznośnie moralizatorskie. Haneke potępia horror jako gatunek. Robi filmy z tezą, po kwadransie wiesz, że albo piętnuje popkulturę, albo krytykuje patriarchat. Zna odpowiedzi. Zachowuje się jak belfer, który diagnozuje współczesność i w filmowej przemocy widzi ogromne zagrożenie. Podczas gdy my uwielbiamy horror, również w tych formach ekstremalnych. I uważamy za pomocą tego języka można coś powiedzieć o społeczeństwie.

Uznajecie swój film za diagnozę austriackiego społeczeństwa?
Veronika: Inaczej byśmy go nie zrobili. Austriacy, w przeciwieństwie np. do Niemców, którzy są znacznie bardziej otwarci, nie potrafią rozmawiać ze sobą o swoich problemach. Nie tylko o tym, że Hitler był Austriakiem. Są specjalistami w wypieraniu. To nie tylko stereotyp. Zamykają się w swoich domostwach z wysokimi ogrodzeniami i zasłoniętymi żaluzjami. I zamykają się w sobie. Ale w końcu te nagromadzone emocje muszą znaleźć ujście. Wybuchnąć. Zderzyć się.
Severin: I do takiego zdarzenia dochodzi w „Widzę, widzę”. Świadomie podzieliliśmy film na dwie części. Pierwszą, w której widz empatyzuje z chłopcami i potępia ich nieczułą matkę, która ma zabandażowaną twarz. Miała wypadek czy to tylko operacja plastyczna? Jest ofiarą czy egoistką? Świadomie gramy na tej dwuznaczności. W drugiej części role się odwracają. To chłopcy stają się agresywni. Rzeczywistość się komplikuje. Ale my nie diagnozujemy.
Veronika: Horror zawsze jest podporządkowany poetyce przesady. Ale za fasadą brutalnego slashera kryje się też refleksja o samotnym macierzyństwie. I dzieci, które przejmują całkowitą kontrolę nad życiem matek. Zwykle za agresję dzieci odpowiedzialnością obarcza się kobiety. Świadczy o tym choćby fakt, że niektórzy widzowie żartują, że nasz film to przestroga dla młodych matek, by nie robiły sobie operacji plastycznych. To do zasygnalizowania tych problemów potrzebna nam była przemoc.

Wyłożyliście tę myśl dobitnie – za pomocą nożyczek, kleju i nici dentystycznej. Nie brakuje osób, które uważają, że takie brutalne kino jest szkodliwe. Uodparnia na przejawy agresji i cierpienie, pozbawia empatii.
Veronika: To hipokryzja. To samo można powiedzieć o kinie superbohaterskim. W „Transformersach” umiera mnóstwo ludzi, a dzieciaki oglądają to bez cienia refleksji. Oczywiście nie ma krwi i głównym bohaterom nie spada włos z głowy, ale w tych wszystkich wybuchach i walących się budynkach ginie anonimowy, pozbawiony tożsamości tłum. Nikt o tym nie myśli, ale to właśnie jest niebezpieczne. Sprzedaż przemocy w bajkowym, kolorowym opakowaniu. Tymczasem horrory zazwyczaj pokazują przemoc taką, jaka ona jest. Poza tym my nie traktujemy jej jako rozrywki, nie jest celem samym w sobie.
Severin: Horror to nie rollercoaster. Nie chodzi w nim tylko o zabawę. To nie jest łatwy gatunek. Znacznie prościej zrobić klasyczne kino arthouse’owe, które w Europie wypracowało rozpoznawalny język filmowy – niezależnie od tego, czy to Bułgaria, czy Szwecja – i ma stałą wierną publikę, która dobrze się czuje, śledząc statyczne ujęcia. My też od takiej konwencji zaczynamy, ale później ją za pomocą tych nożyczek rozmontowujemy.
Veronika: Interesuje nas horror, który pozwala dotknąć ciemnych stron naszej osobowości. Opowiedzieć o rzeczach, o których ludzie zazwyczaj nie chcą słyszeć czy myśleć, w taki sposób, by chcieli to zobaczyć.

Nie wszyscy. Podczas mojego seansu reakcje były skrajne. Niektórzy śmiali się histerycznie, sporo osób wyszło. Myślę, że nie chodzi o samą przemoc, która w bardziej ekstremalnych formach pojawia się w innych filmach. Sednem sprawy jest przemoc dzieci wobec matki.
Veronika: Rodzina – przecież to tu zaczyna się cała przemoc.
Severin: To nie było naszą intencją, ale chyba naruszyliśmy pewne tabu. Podczas pokazu w Wenecji kilka kobiet wstało podczas seansu, jedna z nich krzyknęła: „Matki wychodzą”. W Austrii kilka osób zemdlało podczas seansu. Za to w Niemczech film stał się pretekstem do dyskusji na temat sytuacji kobiet i macierzyństwa. Wszystkie te reakcje nam się podobają, bo świadczą o tym, że horror działa.

A jak działał na 11-letnich odtwórców głównych ról?
Veronika: Spoczywała na nas duża odpowiedzialność. Chłopcy byli pod stałą opieką psychologa. Pomogła też nasza technika pracy, którą przejęliśmy od Ulricha Seidla. Kręciliśmy chronologicznie i nie zdradzaliśmy aktorom szczegółów scenariusza, więc Elias i Lukas nie wiedzieli, co się stanie później. Chcieliśmy, by scenariusz potraktowali jako grę detektywistyczną, tajemnicę do wyjaśnienia. Dzięki temu ich podejrzliwość wypadła na ekranie autentycznie. Ważne było też to, że nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt dużo dubli – kręcili na taśmie 35 mm. Inaczej niż w przypadku kamer cyfrowych kolejne rolki to znacznie większe koszty. Cały czas staraliśmy się więc podtrzymać uwagę chłopców.

Słoik z karaluchami, który stoi w ich filmowym pokoju, na pewno w tym pomógł.
Severin: O to mieliśmy spore obawy. Podczas castingów pytaliśmy kandydatów, czy mają coś przeciwko owadom. Elias i Luka stwierdzili, że boją się tylko pająków. By się oswoili z karaluchami, daliśmy im parkę jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Nazwali je Rocky i Rambo i bardzo się do nich przywiązali. W końcu zaczęli się obawiać, że później przed kamerą musieli im zrobić krzywdę.
Veronika: Co ciekawe, karaluchy okazały się wyjątkowo inteligentnymi aktorami. Na tyle, że przysporzyły nam sporo problemów na planie. W jednej ze scen chcieliśmy, by owad wszedł do otwartych ust śpiącej Susanne Weast wcielającej się w rolę matki. Do skóry twarzy się przyzwyczaił, ale do ust za nic nie chciał wejść. Wiedział, że to otwór gębowy innego stworzenia i nic dobrego z tego nie wyniknie. Za to Susanne nie miała żadnego z tym problemu. W domu zrobiła próbę z karaluchem i stwierdziła, że całkiem dobrze smakują. My nie próbowaliśmy.

A mama chłopców nie ma teraz problemów? Nie boi się o swoją przyszłość?
Severin: Przeciwnie. Po dwóch miesiącach, które wszyscy spędziliśmy na planie, stwierdziła, że stali się znacznie bardziej odpowiedzialni. Ale nie widzieliśmy się od jakiegoś czasu (śmiech)…
Veronika: Chłopcy nie obejrzeli filmu do końca na premierze. Ale ostatnio wyszło DVD w Austrii. Nie wiem, co się teraz u nich w domu dzieje.

 

BIO

Veronika Franz i Severin Fiala – duet reżysersko-pisarski z Austrii. Veronika od 15 lat współpracuje z reżyserem Ulrichem Seidlem, jest współautorką scenariuszy do jego „Upałów” oraz słynnej trylogii „Raj”. 31-letni Severin Fiala, kuzyn Seidla, tworzył filmy od 11. roku życia. W 2012 r. zadebiutowali razem niezależny dokumentem „Kern” o austriackim reżyserze Peterze Kernie. Ich debiut fabularny, horror „Widzę, widzę”, okazał się dużym sukcesem na całym świecie.

3 komentarze

Dodaj komentarz

-->