Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie: recenzja – Do kina z Gutkiem

Kiedy Disney przejmował Lucasfilm, ogłaszając tym samym, że wyprodukuje nowe części sagi dziejącej się dawno, dawno temu w odległej galaktyce, wiele osób stawiało pytanie, czy amerykańska korporacja udźwignie ciężar jej popkulturowego fenomenu. Dziś wiemy już, że wszystkie zgłaszane zastrzeżenia i wątpliwości okazały się, niestety, prorocze.

 

Podobnie, jak wiele milionów fanów „Star Wars” na całym świecie czekałem na premierę IX odsłony odwiecznej walki pomiędzy rycerzami Jedi a Sithami z zapartym tchem. Trailery
wyglądały naprawdę świetnie, plotki i ploteczki dotyczące fabuły podgrzewały skutecznie
atmosferę, pobudzając przy tym moją wyobraźnię i oczekiwania.

 

No i w końcu nadszedł ten dzień – oto siedzę w kinowej sali na przedpremierze „Gwiezdnych Wojen”, w pełni gotowy na to, co za chwilę ma się wydarzyć!

Mój szczery entuzjazm i chęć polubienia filmu J.J. Abramsa spotkała się niestety z murem o niebotycznych wymiarach. Murem, na którego szczycie siedziała sobie Myszka Miki, wesoło machając nóżkami, szyderczo się uśmiechając i jednocześnie pokazując mi wielkiego, bezwstydnego faka. Niczym niszczycielka dobrej zabawy i pogromczyni uśmiechów dzieci, skutecznie zadbała o to, żebym po wyjściu z seansu miał niezłego doła. Powodów mojego złego stanu psychicznego spowodowanego zobaczeniem „Skywalker. Odrodzenie” jest co najmniej kilka.

 

Cóż, wiedziałem, że Abrams to twórca, który nigdy nie podejmuje ryzyka i robi bardzo
bezpieczne kino. Tutaj jednak przeszedł samego siebie. Przyznajmy szczerze, reżyser miał
w dłoniach tak znakomite karty, że mógł rozegrać partię swojego życia i wygrać absolutnie
wszystko. Zamiast tego postanowił jednak zaprosić do stołu stworzonego przez Disneya bota, który zajął jego miejsce i rozegrał całą grę w jego imieniu. IX część „Gwiezdnych Wojen” prezentuje się bowiem, jak obraz stworzony z matematyczną, nieludzką niemal precyzją pod algorytmy i hasztagi. Nawet nie wiem, czy to jest w ogóle film, a nie jakieś wyrachowany produkt filmo-podobny lub absurdalne multimedialne muzeum „Star Wars”, które niczym pasożyt żywi się nostalgią i fandomem. Na dodatek jest to muzeum, w którym znajduje się zdecydowanie zbyt duża ilość eksponatów, jest zbyt głośno, zbyt chaotycznie i zbyt przytłaczająco.

Co ciekawe, pierwsze 30-40 minut filmu prezentuje się jeszcze całkiem nieźle. Rey wraz
z ekipą wyrusza na poszukiwania pewnego artefaktu, dzięki czemu możemy śledzić jej
przygody przypominające te rodem z… Indiany Jonesa. Kylo Ren odnajduje zaś Imperatora (chyba wszyscy już wiedzą, że nasz milusiński Palpatine jednak żyje, tak?), który oferuje mu swoją gigantyczną flotę niszczycieli. Fabuła posuwa się niespiesznie do przodu, klimat opowieści budowany jest umiejętnie i naprawdę dobrze się to ogląda. W Pewnym momencie następuje jednak ostre cięcie i trafiamy do zupełnie innego kinowego wszechświata. Wszechświata rozpędzonego do absurdalnej prędkości, w którym mnogość wątków i motywów nie pozwala skupić się na tym, co oglądamy i wyodrębnić  cokolwiek mające sens. Akcja leci na łeb na szyję przed siebie, tratując wszystko na swojej drodze. Zupełnie tak, jakbyśmy, jako widzowie, weszli w nadświetlną, bez uprzedniego zapięcia pasów bezpieczeństwa.

 

Hej, a zdążyliście polubić w poprzednich częściach Finna, Poego czy Kylo Rena? No to kicha, bo tutaj są to postacie drugoplanowe, przezroczyste, mdłe i nie wzbudzające kompletnie żadnych emocji, podobnie, jak cały ten „film”. No bo serio, jak można nie wykorzystać w dużo większym stopniu Adama Drivera, który jest w życiowej aktorskiej formie, i który kreuje postać tak bardzo znaczącą dla całej opowieści i tak bardzo interesującą. Cała uwaga Abramsa skupia się na Rey i jej wyboistej drodze do poznania swojego dziedzictwa. Drodze, która ostatecznie pomoże jej pokonać złowrogie siły. Przy tym historia ta jest tak dobrze znana i sztampowa, że aż chce się kręcić z niedowierzaniem głową.

 

Tej sztampy i recyklingu pomysłów z poprzednich części „Gwiezdnych Wojen” jest zresztą dużo więcej. Tak, rebelianci mają kolejną naradę w lesie. Tak, przeciwnik znowu posiada słaby punkt, którego wyeliminowanie pozwala odnieść zwycięstwo w mgnieniu oka. Tak, czarny charakter na końcu po raz kolejny przechodzi na stronę dobra itd. itp. W pewnym momencie przestajemy czuć stawkę tej opowieści, ciężar emocjonalny zupełnie wyparowuje, zostawiając miejsce jedynie na frustrację i rozczarowanie. Nowe „Gwiezdne Wojny” chcą być aż tak bardzo gwiezdnowojenne, że staja się aż karykaturalne. O ile Rian Johnon, reżyser „Tha Last Jedi”, bawił się tą konwencją, o tyle Abrams jest jej fanatycznym wyznawcą, popadającym w śmieszność neofitą. Jak można pokazywać na ekranie takie głupoty, że pół sali rechocze, zamiast się wzruszać i przeżywać wraz z bohaterami pasjonującą i wciągającą przygodę?

 

Nie sposób też nie wspomnieć o dziurach w scenariuszu i całej masie skrótów, którymi przesiąknięty jest „Skywalker. Odrodzenie”. Np. Kilka razy Finn wspomina Rey, że musi powiedzieć jej coś ważnego, po czym, jako widzowie, nigdy nie dowiadujemy się, o co chodziło. Nie jesteśmy też w stanie rozgryźć, jakie emocje były szturmowiec żywi względem świeżo upieczonej Jedi, bo rzucane są nam wciąż fałszywe tropy. Nagle ciemnoskóry bohater poznaje kobietę o podobnej do niego przeszłości, niby coś między nimi iskrzy, niby nie, a my kompletnie się w tym gubimy.

Razi też dość mocno wprowadzenie do gry Imperatora. Jego pojawienie nie ma żadnej podbudowy, po prostu jesteśmy poinformowani, że Sith jednak żyje, ma się całkiem nieźle, a tak w ogóle, to zgromadził flotę niszczycieli, z których każdy posiada moc niszczenia całych planet. Po prostu mamy pogodzić się z tym faktem, bez wgłębiania się w temat i zadawania pytań typu – w jaki sposób Palpatine zdołał zgromadzić tak ogromną armię ludzi i wybudować tak imponującą flotę? Boli również zakończenie filmu. Jest śmierć, zmartwychwstanie, kolejna śmierć, kolejne zmartwychwstanie, pocałunek, zachód słońca – słowem, cała kiczowata formuła została tutaj wypełniona aż po brzegi.

>>Nowe Gwiezdne Wojny to nie tylko film, ale cała moda<<

No dobra, ale czy w takim razie Epizod IX posiada jakiekolwiek plusy? Tak, i to nawet kilka. Jak wspomniałem wcześniej, pierwsza połowa filmu jest naprawdę ok. Świetnie wypada ścieżka dźwiękowa przygotowana przez niezastąpionego Johna Williamsa. Cieszy oko choreografia, gra aktorska (pomimo tego, że nie dano zbyt dużo miejsca nikomu oprócz Daisy Ridley), wygląd Imperatora i mrocznych wnętrz jego kryjówki, pojawia się też kilka zabawnych żartów i dialogów. Nie sposób też nie docenić faktu, że całość wątków znanych z poprzednich dwóch części jest tutaj szczelnie pozamykana. Trylogia więc broni się w tym kontekście. Efekty specjalne… cóż, mogłyby być chyba nieco lepsze i bardziej – no właśnie – efektowne, ale ostatecznie wypadają całkiem znośnie. To jednak zdecydowanie za mało, żeby „Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie” zapisały się złotymi głoskami w sercach fanów. Prędzej te serca złamały lub przysporzyły o spore palpitacje. Tym nielicznym osobom, którym dzieło Abramsa przypadło do gustu, szczerze zazdroszczę. Też chciałbym poczuć moc w tym filmie.

Tekst:  Archer

Recenzja powstała przy współpracy z Kinem Nowe Horyzonty

 

-->