Grand Anderson

Filmy Wesa Andersona przypominają dziecięcą zabawkę, która dzięki skomplikowanemu mechanizmowi nigdy się nie nudzi.

Albo dopracowaną do ostatniego szczegółu makietę – miniaturę świata, której twórca swoimi zdolnymi paluchami dostawia kolejne elementy, wymyśla postaci, otwiera tajemne przejścia. Tym razem najbardziej poczciwy dziwak amerykańskiego kina wedle własnych wyobrażeń skonstruował wschodnie rubieże Europy u progu historycznej zawieruchy. W republice o swojskiej nazwie Zubrovka w poważne tarapaty wpada konsjerż Gustave (operetkowy Fiennes w fioletach i z wąsiskiem), na którego barkach spoczywa nie tylko dyrygowanie monumentalnym hotelem, ale i forsowne romanse z leciwymi paniami. Oskarżony o zabójstwo jednej ze swoich możnych klientek (Swinton w rozsypce) i kradzież cennego obrazu, zostaje wmieszany w kryminalną intrygę. Ściga go i oficer (sztywny Norton), i chciwi spadkobiercy, i ich osobisty SS-wampir na posyłki (Willem Dafoe w najbardziej naturalnym dla siebie emploi). Przy każdym kolejnym dziele Amerykanina pojawiają się zarzuty, że wyszukane scenografie i wypełnione ekstrawaganckimi pomysłami scenariusze tuszują w jego filmach jedynie pustkę – nawet jeśli byłaby to prawda, szkoda, że z równie piękną pustką mamy do czynienia tak rzadko. W typowych dla reżysera barwnych, symetrycznych kadrach widać wręcz neurotyczne przywiązanie do detali, które podczas pierwszego seansu łatwo przeoczyć. Ale i bez wiedzy o inspirowanych malarstwem Klimta kostiumach czy nawiązaniach do powieści Stefana Zweiga „Grand Budapest Hotel” nie daje o sobie zapomnieć. W końcu oprócz kolejnej opatrzonej niepodrabialnym, autorskim stemplem historii o pierwszej miłości, mrokach dorastania i rodzinnych tajemnicach otrzymujemy coś jeszcze. Coś, co jest atutem każdej dobrej opowieści – piękne kłamstwa, dzięki którym łatwiej oswoić rzeczywistość.

#GrandBudapestHotel
(„The Grand Budapest Hotel”)
reż. #WesAnderson
obsada: #RalphFiennes, #TonyRevolori, #SaoirseRonan
USA 2014, 100 min
Imperial-Cinepix, #28.03