Gra: „Śródziemie: Cień Mordoru”

Orki, orki, orki

Nigdy nie interesowało mnie to, jak gra wygląda, jeśli tylko była w stanie mnie wciągnąć. Ba, zazwyczaj gram na 20-letnim telewizorze i dopiero ostatnio zacząłem używać rzutnika, którego dorobiła się moja dziewczyna. Dlatego choć wielu recenzentów zwraca uwagę na wizualne aspekty „Śródziemia”, dla mnie one nie są ważne. Zwłaszcza że nie miałem przyjemności grać we wcześniejszą wersję. Sama fabuła jednak nie zachwyca. W skrócie: wcielamy się w postać Taliona, którego rodzina została zamordowana przez sługi Saurona. Talion nie ma szczęścia, gdyż sam też ginie, i to zaraz po swoich bliskich. Prastary Duch Zemsty postanawia go wskrzesić i obdarzyć mocami Upiora, a nasz protagonista zamierza pomścić zmarłych. Mechanika walki może (a wręcz musi) nasuwać skojarzenia z tym, co znamy z ostatnich gier o Batmanie. Ciosy składają się w ciekawe kombinacje, które często możemy skończyć efektownym finisherem.

Najciekawszą opcją gry jest system Nemezis, który odpowiada za sztuczną inteligencję naszych przeciwników. Na czym to polega? Jeśli zbyt często będziemy przypuszczać atak od frontu na grupy orków, to kolejni wrogowie będą wiedzieli, czego się spodziewać. Możliwe też, że jeden z tych, którzy przeżyli, w przyszłości dojdzie do wysokiej rangi w wojsku Saurona i postanowi się zemścić na nas za to, co w przeszłości zrobiliśmy jego przyjaciołom. Nemezis powoduje, że nasze działania pośrednio zmieniają świat gry. Każda postać może stać się kimś istotnym, nie wiadomo, jak potoczą się jej i nasze losy. „Śródziemie” jest świetną grą, chociaż będą tacy, którzy powiedzą, że nie aż tak dobrą jak wersja na next-geny. Ale nie przejmujcie się tym. Kiedyś też będziecie je mieli.