Gra: Saint Row – zabijamy sami!

#SaintsRow nigdy nie było grą dla normalnych ludzi. Wystarczy wspomnieć wyścigi 50 limuzyn na bardzo krętym torze, które w 15 sekundzie jazdy kończyły się gigantycznym karambolem. Albo skoki z wysokości milionów metrów, które nie wnosiły nic do gry, ale były cholernie zabawne. Albo postacie, które w normalnej grze byłyby efektem tworzenia szalonych modów, a w #SaintsRow są podstawą zabawy. W czwórce jest podobnie.
Fabuła to tylko pretekst do zwiedzania otwartego świata, a jedyne, co się liczy, to zabawa.

Historia zawarta w „SR 4” przypomina trochę tę z #Matrixa: dowiadujemy się, że żyjemy w świecie wykreowanym przez obcych i już na samym początku gry udaje nam się uciec ze zbiornika, w którym hodują nas kosmici. Potem jest z kolei nawiązanie do #DeadSpace, wyśmiewanie się z „Mass Effect 3”, zmienianie zasad gry typu: raz sandboks, raz platformówka. Twórcy bardzo nie chcieli, byśmy się nudzili. Skaczemy z akcji w akcję, mamy do wykonania milion zadań pobocznych, a wszystko to stoi pod znakiem irracjonalnych żartów i dziwacznych postaci. Jedynym problemem czwórki jest to, że tak naprawdę niezbyt różni się od swojej poprzedniczki. Równie dobrze #SaintsRow4 mógłby być DLC do trzeciej odsłony serii, zwłaszcza dla tych, którzy mocno grali w poprzednią część. A jak na „SR4” zareagują nowi gracze? Za tydzień będę mógł o was mówić „nowi psychofani”.