Gentleman z rewolwerem (recenzja)

Niewiarygodne, ale prawdziwe! Historia z filmu Lowery’ego wydarzyła się w dużej mierze naprawdę, a scenariusz powstał na podstawie artykułu opublikowanego w „New Yorkerze”. Niejaki Forrest Tucker (w tej roli odchodzący na emeryturę świetny Robert Redford) to kryminalista w podeszłym wieku. Mężczyzna specjalnie nie kryje się z tym, że nigdy nie zrezygnował z kariery przestępcy. Ma jednak bardzo dużo szczęścia: stróże prawa chyba nie chcą wierzyć, że ktoś, kto powinien się opiekować gromadką wnucząt, wychodzi z domu, by rabować banki. Opinia publiczna jest nim wręcz zachwycona, bo to złodziej z zasadami. Po kolejnym napadzie Tucker chce się jednak ustatkować. Zaczyna chodzić na randki, stara się oszczędzać, rozważa emeryturę. Ale przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, więc łatwo na pewno nie będzie. David Lowery, znany wielbicielom niezależnego kina amerykańskiego, to twórca głośnych „Wydarzyło się w Teksasie” i „Ghost Story”. Tym razem na warsztat bierze zupełnie inny gatunek filmowy i pokazuje, że świetnie potrafi się bawić konwencją i kliszami, które dobrze znamy z kina. Redford jako Tucker jest taki, jakiego zapamiętaliśmy z westernu „Butch Cassidy i Sundance Kid” czy z „Żądła”. Sissy Spacek zaś przypomina swoją bohaterkę z kultowego „Badlands”. Powtórzenia zupełnie jednak nie przeszkadzają. Dzięki występom gigantów aktorstwa cofamy się do czasów, kiedy wszystko wydawało się ważniejsze, szlachetniejsze i prostsze. Niespełna czterdziestoletniemu Lowery’emu w „Gentlemanie z rewolwerem” udało się twórczo przywołać tę magię kina. Osiąga to dzięki dwojgu doświadczonych aktorów, dla których interesujących ról nigdy nie będzie zbyt wiele. Robercie, będziemy tęsknili!

tekst: Magdalena Maksimiuk

obsada: Robert Redford, Sissy Spacek, Danny Glover, Tom Waits
USA 2018, 93 min
M2 Films
premiera: 16 listopada