Gel Abril: Tęsknie za czasami, kiedy DJ musiał być po prostu dobry – rozmowa

Nie powinno nikogo dziwić, że Tel Awiw stał się jednym z najważniejszych ośrodków muzyki klubowej – obok Berlina, Londynu czy Amsterdamu. To miejsce atrakcyjne nie tylko dla kulinarnych freaków, których fascynuje bliskowschodnia kuchnia – począwszy od kultowego już hummusu, a kończąc na szabatowym czulencie. To przede wszystkim atrakcyjne miejsce dla miłośników muzyki elektronicznej i szeroko pojętej „techno-turystyki”. O tym, ale również o komercjalizacji sceny i zagrożeniach z tego płynących, planach wydawniczych czy kontrowersyjnych wypowiedziach Dave’a Clarke’a opowiedziała nam izraelska – i nie tylko – legenda tech-house’u, Gel Abril.


Kacper Ponichtera i Oskar Szafraniec: Niedawno obchodziłeś swoje 40. urodziny, dla wielu osób to taki czas podsumowań. Z czego jesteś najbardziej dumny w swoim życiu – zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej?

Myślę, że powodów do dumy było i jest wiele, ale moje ojcostwo jest tym, co wynosi to pojęcie na zupełnie inny poziom.

K: Obserwując Twoją muzyczną karierę można odnieść wrażenie, że osiągnąłeś prawie wszystko: zagrałeś w największych klubach na świecie, Twoje produkcje ukazały się sumptem takich wytwórni jak OVUM, Mobilee, Suara, Moon Harbour czy Be As One, zaś teraz wystartowałeś z własną wytwórnią. Czy zgodzisz się z tym stwierdzeniem, czy może jednak są pewne płaszczyzny/obszary w których nie czujesz się spełniony?

Dziękuje za miłe słowa. Zgadzam się z powyższym stwierdzeniem, ale jednak wciąż jestem przepełniony marzeniami i każdego dnia wyznaczam sobie nowe cele, bo właśnie to trzyma mnie przy życiu.

K & O: Jak na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zmieniła się scena, prawa nią rządzące, a także czy dzisiaj jesteśmy świadkami rozkwitu sceny elektronicznej? A może to już wszystko było i mamy do czynienia z pewną „powtórka z rozrywki”? 

Wierze, że wszystko w życiu zatacza koło. Tak samo jest w przypadku naszej sceny muzycznej. W latach 90. w Izraelu scena eksplodowała. Tel Awiw był jak mała Ibiza, gdzie podczas czwartkowych nocy w klubie Octopus tańczyło ponad 5000 osób w towarzystwie Sashy czy Danny’ego Tenaglii. Zbliżając się do roku 2001 scena elektroniczna miała się co raz gorzej, ale znów od jakiś 7 lat wszystko jest na dobrej drodze. Widać, że w przez ostatnie 2 lata pojawiła się nowa generacja klubowiczów, która bez kompleksów wkracza na parkiety. Pojawiają się nowe miejsce na klubowej mapie świata, a także co raz więcej osób interesuje się tymi brzmieniami. Uważam, że młodzi ludzie są na bieżąco z tym co się dzieje na rynku, śledzą trendy, co niewątpliwie umożliwia im Internet i jego powszechność. Dodatkowo powstają nowe koncepcje imprez, kolejne festiwale – i nie tylko te mainstreamowe, ale również undergroundowe, cechujące się kreatywnością i nowym spojrzeniem na zabawę. 

K: Niejako wskazałeś to, o co chciałem Cię zapytać. Czy nie uważasz, że obecna ‚moda na techno’ to raczej zjawisko niebezpieczne i niosące za sobą negatywne skutki? Doskonale wiemy, jakimi prawami rządzi się moda, która szybko ‚pompuje’ pewne zjawiska, a później jeszcze szybciej je eksploatuje. 

Nie ma wątpliwości, że w ostatnim czasie techno przechodzi do mainstreamu. Każdego roku zmieniają się brzmienia, które dominują na scenie muzyki elektronicznej. Kiedyś był trance, później progressive -house, zaś nieco później prym wiódł tech-house, electro-house czy minimal. Zawsze przychodzi taki moment, kiedy wszystkie utwory brzmią tak samo, powtarza się w nich pewna formuła, zaś później stają się osłuchane i komercyjne. Wtedy pojawia się coś nowego, świeżego i tak w kółko. Jednak jako DJ trzeba zawsze szukać tych wyjątkowych płyt, które sprawią, że Twój set będzie jedyny i niepowtarzalny.

K & O: Czy w komercjalizacji sceny widzisz szanse na dalszy rozwój czy może jednak zagrożenie, bo kultura klubowa to tzw. underground?

Z pewnością zwiększa to możliwości: DJ może cieszyć się szerszą publiką, niż wcześniej. Kluczowe pytanie jednak powinno brzmieć: czy ludzie przychodzą dalej na imprezy ze względu na muzykę czy coś innego…

K: Jakiś czas temu natrafiłem na wywiad Dave Clarke’a dla portalu 6amgroup, w którym wskazał, że: „(…) nowa generacja DJ’ów przestała być lojalna wobec brzmienia i muzyki, zaś nastawiona jest jedynie na maksymalizacje zysków”. Czy zgodzisz się z tym stwierdzeniem, że aktualnie produkcja i eksploracja brzmień zeszła na dalszy plan, zaś na pierwszym miejscu jest zręczny marketing oraz działania PR’owe, specjalnie wynajętych do tego agencji?

Mówiłem o tym zjawisku już bardzo dawno temu. Tęsknie za czasami, kiedy DJ musiał być po prostu dobry w tym, co robi, czyli graniu płyt, opowiadaniu historii przez muzykę, a także sprawieniu, że ludzie są szczęśliwi. Dzisiaj jest inaczej.

K: Jesteś artystą, którego bez krzty przesady można nazwać pionierem i legendą tech-house’u, dlatego jestem ciekawy czy zgodzisz się z innym twierdzeniem Dave’a: „Dzisiaj tech-house to EDM light , a dzisiejsza konkurencja na muzycznym rynku to już nie wyścig w oparciu o umiejętności czy innowacje, a zakulisowe rozgrywki między agencjami, kupowanie polubień na Facebook czy Instagram, a także wzajemnym podkopywaniem sobie dołków i niezdrowej rywalizacji”?

Rozumiem, co miał na myśli. To ma ścisły związek z moją poprzednią wypowiedzią. Wierze jednak, że niesamowita muzyka i prawdziwa sztuka zawsze się obronią.

K: Dwa lata temu w rozmowie z Anja Schneider, która ukazała się na łamach BigShot Magazine wspominałeś o „magii bycia DJ’em i uczuciu, gdy poprzez swoją muzyczną historię możesz porwać dzikie tłumy”. Czy na przestrzeni lat reakcje publiczności się zmieniły? Czy dzisiaj ludzie reagują równie żywiołowo, a może jednak zmieniło się coś w tym ‚muzycznym przeżywaniu chwili’ i dzisiaj zamiast spontanicznych okrzyków i gwizdów to w chwili ‚imprezowego uniesienia’ wyciąga się telefon i filmuje artystę? 

W Berlinie na przykład robienie zdjęć czy filmów jest zabronione, co powoduje, że jest dużo bardziej tajemniczo, zaś ludzie mogą naprawdę „odpiąć wrotki”. Na Świecie jest jednak wiele miejsce, w których ludzie używają telefonów, ale wciąż doskonale się bawią. Myśle, że słabe jest to, gdy ludzie nie przestają nawet na chwile filmować Cię w klubie. Ale tak jest ze wszystkim – chodzi o zdrowy balans i umiar. 

K: Pewnie pamiętasz, że w wyżej wspomnianej rozmowie zadałeś Anji Schneider dwa pytania, dlatego ja chciałbym nieco odwrócić role i zadać te same pytanie Tobie. 

Pamiętam.

K: Pierwsze z nich brzmiało: „Jaki był twój najlepszy występ, jeśli takowy pamiętasz?

Oj, zagrałem wiele niesamowitych imprez. Swoją przygodę z DJ’ingiem rozpocząłem w wieku 13 lat, więc ciężko wybrać mi tą jedną jedyną. Na pewno piękne chwile przeżyłem podczas występu w Forum w Medellin, Sisyphos i KaterBlau w Berlinie, a także podczas licznych afterów w Tel Awiwie.

K: Aftery w Tel Awiwie powinno być wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO (śmiech). Drugie pytanie, które zadałeś byłej szefowej Mobilee dotyczyły muzycznych inspiracji. Anja Schneider wówczas wymieniła jednym tchem The Cure i Depeche Mode. A jakie ty masz typy?

Gdybym miał wymienić zespoły, które wywarły na mnie największy wpływ to jednym tchem wymieniłbym: Kraftwerk, Depeche Mode i New Order. 

K: Tel Awiw określane jest jako „wspaniałe miasto, które nigdy nie zasypia”. Dlaczego zatem zdecydowałeś się na przeprowadzkę do Berlina? Dlaczego słoneczny i temperamentny Tel Awiw zamieniłeś na znacznie mniej pogodny, choć nieustępujący żywiołowością Berlin?

Z bardzo prozaicznego powodu, jakim są tanie loty z Berlina. Stolica Niemiec jest świetnie skomunikowana z całym Światem, co pozwala mi na szybsze i bardziej komfortowe podróże, związane z zawodem, jakim wykonuje. Grałem również wiele razy w Berlinie, a także odwiedziłem go wielokrotnie zanim zdecydowałem się o przeprowadzce. Chciałem zasmakować życia w samym centrum Europy, a także zmienić coś w swoim życiu. Tel Awiw zawsze będzie moim domem i odwiedzam to miasto, co kilka miesięcy, żeby zjeść coś dobrego i złapać trochę słońca. 

K: Nie ma większego kulinarnego raju od Tel Awiw,u dlatego jestem w stanie zrozumieć Twoje motywacje (śmiech). Co skłoniło Cię do startu ze swoim własnym labelem? Jak długo kiełkowała w Tobie chęć stworzenia własnej muzycznej marki?

Bardzo długo nosiłem się z zamiarem założenia własnej wytwórni i w końcu udało się to zrobić. Chciałem stworzyć miejsce na swoje produkcje, a także artystów, z którymi dzielimy podobne wartości i wizje muzyki.

K & O: Pierwszym wydawnictwem, które ukazało się Twoim sumptem to „The Groovers/Exodus”. Czy tytuł jest nawiązaniem do Twoich korzeni i dramatycznej, izraelskiej historii, związanej ze statkiem „Exodus 1947”?

Tak, tytuł jest związany z tym smutnym epizodem w historii Izraela. 

K: W kwietniu pojawiło się również drugie wydawnictwo z sygnaturą Closed Circuits…

Owszem. To winylowe wydawnictwo Oskara Szafrańca z gościnnym udziałem Very Addictive. Tytułowy utwór „Borderline” jest przepiękny. Gdy usłyszałem go po raz pierwszy to przyprawił mnie o gęsią skórkę. Na tej samej płycie znalazł się rownież mój remiks, a także kolaboracja Oskara z legendą sceny minimalowej – Pier Bucci. Na horyzoncie widać już kolejne wydawnictwa i mogę uchylić rąbka tajemnicy, że będzie to mój solowy winyl, a także kooperacja z Oskarem.

K: Właśnie! Równolegle ze startem Twojego labelu zdało się zauważyć początek współpracy z naszym kolegą Oskarem Szafrańcem. Jestem bardzo ciekawy, jaki był początek Waszej znajomości?

Oskar napisał do mnie na Facebooku i po jakimś czasie wysłał mi kilka swoich produkcji, Otrzymałem od niego paczkę z dwunastoma utworami i gdy usłyszałem Borderline oraz kilka innych utworów to od razu powiedziałem mu, że to materiał do wydania. Podpisałem z nim z kontrakt na dwa wydawnictwa w mojej wytwórni, zaś z czasem rozmawialiśmy coraz więcej i więcej, aż w końcu się zaprzyjaźniliśmy. Myślę, że dzielimy te same wartości, a także bardzo dobrze pracuje się nam razem w studio. Oskar to niezwykle utalentowany chłopak. 

K: Czekam z niecierpliwością na dalsze efekty Waszej współpracy w studio. A czy jest jakiś artysta z którym chciałbyś dzielić jedną scenę, a nigdy nie miałeś takowej możliwości? 

Laurent Garnier! On jest dla mnie prawdziwym bohaterem. 

K & O: Przypomnijmy, ze w swojej dotychczasowej karierze możesz pochwalić się wspólnymi nagraniami z Butch, Anthony Middleton, Itamar Sagi czy Andrea Oliva, zaś na warsztat Twoje remiksy brali Chaim, Re.You, Deetron czy Mark Broom. Czy jest jeszcze ktoś kogo chciałbyś zaprosić do kolaboracji?

Chciałbym po prostu kontynuować to wszystko, co robiłem dotychczas w myśl zasady, że szczęśliwa dusza to szczęśliwe ciało. 

K: Śledząc twój kalendarz na Resident Advisor, zauważyłem, że na dobre zadomowiłeś się w KaterBlau. Czy to Twoje ulubione miejsce na berlińskiej mapie klubowej? Co jest takiego wyjątkowego w popularnym „Kater”?

Grywam w tym miejscu regularnie jeszcze od czasów Katerholzig, więc nie jest to żadne novum. W tym miejscu czuć coś wyjątkowego i niesamowitego. Coś, czego nie doświadczysz w innych klubach czy miastach. Ciężko to opisać słowami, ale ludzie przychodzą tutaj tylko w jednym, konkretnym celu: oddać się dzikiej i nieskrępowanej zabawie!

K: Można powiedzieć, że stałeś się już ‚berlińskim bywalcem’, więc skorzystam z okazji i zapytam Cię o kilka rekomendacji. Gdzie warto udać się w tygodniu w Berlinie, aby się zrelaksować i spędzić wartościowy czas ze znajomymi, a gdzie pójść i oddać się weekendowym szaleństwom? Może masz swoje ulubione miejsca, którymi chciałbyś polecić naszym czytelnikom?

Jeśli chodzi o kluby to nie będę oryginalny, ale najchętniej odwiedzam Berghain/Panorama Bar, KaterBlau, Sisyphos, Club der Visionaire, Watergate, Salon zur Wilden Renate, Heidegluehen czy Tresor i te miejsca mógłbym polecić każdemu z pełnym przekonaniem. Jeśli chodzi o miejsca, które warto odwiedzić za dnia to rozumiem, że masz na myśli restauracje, tak?

K: Tak, dokładnie.

Mam trzy takie miejsca. Uwielbiam włoską restaurację Trattoria Portofiono we Friedrichshain, Golden Hunn na Kreuzbergu oraz knajpę Katerschmaus, mieszczącą się w wyżej wspominanym KaterBlau. Jest niesamowita i polecam odwiedzić ją każdemu chociaż raz w życiu.

K: Prawdziwość ostatniego zdania możemy potwierdzić również My. Ale dość o jedzeniu, bo wszyscy zdążyliśmy zgłodnieć na samą myśl o tych wspaniałościach na talerzu (śmiech).  Jak wiesz obaj jesteśmy bardzo mocno związani z Tel Awiwem, gdzie mieszkają nasze rodziny. Dodatkowo organizuję bardzo popularną serię wydarzeń o wdzięcznej nazwie „Radio Tel Aviv”…

… na której miałem przyjemność wystąpić dzięki Twojemu zaproszeniu.

K: To dla mnie wielka przyjemność, że zgodziliście się wystąpić na jednej z moich imprez. Nie jednak o tym chciałbym porozmawiać, a o izraelskiej scenie muzycznej. Zaryzykuje stwierdzenie, że izraelska scena przeżywa swój złoty okres, czego najlepszym przykładem mogą być światowe kariery takich artystów jak: Red Axes, Yotam Avni, Moscoman, Naduve, Magit Cacoon, Mayaan Nidam, Deep’a & Biri czy Roi Perez. Nie wspominając oczywiście o starych wyjadaczach jak Guy Gerber, Chaim, Guy J czy Guy Mantzur. Czy jest może ktoś jeszcze, o kim nie wspomniałem, a komu wróżysz międzynarodową karierę? A może jest osoba, której nie udało się przebić do szeroko rozumianego mainstreamu, a wykonuje fantastyczną prace na tym polu?

Jestem bardziej, niż dumny z osiągnięć moich kolegów z Izraela. Jestem szczęśliwy, że prężnie się rozwijają i osiągają sukcesy na Świecie, a także nie jestem wcale zaskoczony, bo zasługują na to jak mało kto. Oprócz artystów, których wymieniłeś na pewno warto obserwować takie postaci jak Eliran Osadon, Kadosh, a także duet TV.OUT, bo niedługo naprawdę będą wielcy!

K: Jedno z ostatnich pytań do Ciebie brzmi: czy jak każdy Izraelczyk interesujesz się sportem i czy Maccabi Tel Aviv zdobędzie Euroleague w następnym roku? Przyznam, że ostatnio ich gra nie napawa optymizmem.

Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że jestem jednym z największych fanów Maccabi Tel Awiw. Wiedzą również, że od 30 lat mój humor w czwartki zależy od tego czy Maccabi wygra mecz. Myśle, że ostatnio nie grali wystarczająco dobrze, a także nie mieli wystarczających środków na transfery, które mogłyby pozwolić na triumf w Euroleague. Mimo to uważam, że są świetną drużyną i niedługo znów wrócą czasy wielkiego i niepokonanego Maccabi. 

K & O: W nieco w żartobliwym tonie zapytamy o koniec Twojej kariery. Jak długo jeszcze będziesz bawił i cieszył publikę na całym świecie? I czy przyjmujesz nasz zakład, że będziesz dłużej aktywny na muzycznej scenie, niż popularny Papa Sven? (śmiech)

Jeśli chodzi o Svena to bardzo go podziwiam. Nie chciałbym bawić się w żadne zakłady, a pragnę robić to jeszcze tak długo, jak tylko będzie sprawiało to przyjemność mi, a także ludziom, zgromadzonym na imprezach. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *