Gbur o gołębim sercu. „Mężczyzna imieniem Ove” – recenzja

foto: materiały promocyjne

Ove właśnie stracił pracę. Na domiar złego na raka zmarła jego ukochana żona. Łączyło ich wyjątkowe uczucie, mimo sprzeczek i nieporozumień wiadomo było, że zawsze będą ze sobą. Nagła strata wzbudza w bohaterze lęk przed samotnością, pustą kuchnią i spacerami w pojedynkę. To ona też wywołuje zgorzkniałość i emocjonalne rozchwianie. Dla Ovego dotychczasowe życie skończyło się, gdy odeszła jedyna tłumaczka jego złych humorów, łącznik ze światem zewnętrznym i prawdziwa przyjaciółka. Teraz nadeszły czasy zaciętego wyrazu twarzy, narzekań i melancholii. Wiele się jednak zmieni, kiedy w najbliższej okolicy zamieszkają nowi sąsiedzi i mimo wyraźnych różnic spróbują się z Ovem po ludzku dogadać.

Tragikomedia Hannesa Holma to udany przedstawiciel wyjątkowo popularnego ostatnio nurtu kina wieku dojrzałego, opowiadającego historie osób starszych, ale bez sentymentalizmu i zbytniej ckliwości, z (często czarnym) humorem i czułością. Jednocześnie to tzw. kitchen-sink drama, choć w porównaniu z tytułami sprzed dekad wyraźnie zmienił się wiek postaci oraz rodzaj omawianych radości i kłopotów. Na szczęście wciąż znakomicie się to ogląda. Koronnym dowodem na to, jak chętnie widzowie wybierają takie produkcje, niech będą przykłady niedawnych, międzynarodowych sukcesów  „Toniego Erdmanna”, „Hotelu Marigold”czy „Ovego…” właśnie. Teraz wypada tylko czekać na hollywoodzki remake filmu Holma. Skoro Erdmannem ma być wracający z aktorskiej emerytury Jack Nicholson, co może na rolę Ovego skusi się Dustin Hoffman albo Michael Caine? 

Magdalena Maksimiuk

obsada : Rolf Lassgalrd, Bahar Pars, Filip Berg Szwecja 2015, 116 min
Aurora Films, 14 lipca