Gaika – Security

Popęd śmierci

Wielka szkoda, że majorsy w zmowie z telewizjami muzycznymi i komercyjnymi stacjami radiowymi tak pazernie stręczyły przez lata termin „urban music”. Po latach sprzedawania jego godności na lewo i prawo zmieniły go bowiem w pożałowania godny, wulgarny wycieruch na który uchem nie chcą rzucać nawet najwięksi desperaci. Szkoda tym większa, że w czasach popularności tego określenia rap, dancehall, r’n’b czy jungle – które to gatunki wchodziły wszystkie do tej tandetnej, reklamowej siatki – splatały się ze sobą dużo rzadziej niż dziś, kiedy taka krótka definicja teraźniejszej muzyki miejskiej doby internetu byłaby bardzo potrzebna. Co innego jak nie urban music właśnie tworzy na przykład taki Gaika? Wychowany na betonowych przedmieściach Londynu, w owianym złą sławą Brixton, potomek karaibskich emigrantów w swoich mrocznych acz chwytliwych piosenkach łączy ze sobą tropy ze wszystkich właściwie współczesnych nurtów muzyki klubowej. W spowolnionych, przebasowionych produkcjach korzysta z jamajskich harmonii, teksańskiej rytmiki i bristolskiej palety efektów. W zaśpiewanych z wyspiarską manierą, na poły rapowanych, na poły toastowanych zwrotkach opisuje natomiast realia, które zna z własnego podwórka. Na jego ławkach siedzą tymczasem i młodociani bandyci z pobliskich gett i wystrojone cioty z nieodległych strzeżonych osiedli; chuligani, hiphopowcy, transseksualiści, punki, ofiary mody i artyści. Wszyscy z nich kiedyś przecież umrą, a ta właśnie subwersywna – jak na muzykę rozrywkową – myśl przeziera przez cały najnowszy, drugi już w jego karierze, mixtape Brytyjczyka. Każdy z tych przygniatających basem do ziemi, hipnotyzujących swym niespiesznym duktem szlagierów pogrywa sobie ze stereotypami widzenia czarnych wokalistów i ich roli w przemyśle rozrywkowym; z utartym słyszeniem urban music. W dzisiejszych miastach nie słychać już bowiem telewizji muzycznych i komercyjnych radiostacji. Dużo częściej ulicami niosą się w pełni niezależne i nie przynależące do żadnego gatunku wydawnictwa z dołów fonograficznej drabiny, z miejsc w których głód motywuje do działania, a brak poczucia bezpieczeństwa podsyca kreatywność.