„Fúsi” – jak to robią kowboje

„Fúsi” reż. Dagur Kári  obsada: Gunnar Jónsson, Ilmur Kristjánsdóttir, Sigurjón Kjartansson  Islandia 2015, 94 min Against Gravity, 19 lutego 

Jeden z tych, do których nie podchodzisz na imprezie. Łysiejący, ospały, w wymiętym swetrze, mimo czterdziestki wciąż na garnuszku matki. Fúsi, 140 kilogramów kompleksów i dobrych intencji, nikogo nie pozostawia obojętnym. Budzi w ludziach albo litość, albo pogardę. Mimo to zwycięża każdą batalię. Zamknięty w czterech ścianach, buduje makiety wielkich bitew historycznych. W świecie styropianu i plastikowych figurek, inaczej niż w życiu, to on rozdaje karty. Wie, kiedy przypuścić atak i jak przewodzić tłumom. Po kolejnym triumfie pod El Alamein wraca jednak do rzeczywistości, której rytm nadaje monotonna praca na lotnisku, docinki kolegów i śmieciowe żarcie. Z impasu pomoże mu wyjść nowy partner matki. Mężczyzna sprezentuje Fúsiemu karnet na kurs tańców amerykańskich. Niech chłopak się nauczy, jak to robią kowboje. Islandzki reżyser jest znany z przesyconych czarnym humorem portretów odmieńców, których przytłacza nurt życia.

O ile jednak albinos Noi, główny bohater najsłynniejsze filmu Káriego, pozwalał sobie przynajmniej na marzenia (o lawinie, która pochłonęłaby świat), o tyle Fúsi wydaje się całkiem bezwolny. Choć pracuje na lotnisku, uciekać nie chce.

Kári tym razem ogranicza tony komediowe. Jak przystało na Islandczyka, jest zbyt dużym realistą, by serwować widzom jeszcze jeden pokrzepiający seans terapeutyczny pod tytułem „każdy dziwak może dostosować się do reguł społeczeństwa, pod warunkiem że pozna wystarczająco wyrozumiałą partnerkę”. Gorzkim obserwacjom w „Fúsim” wtóruje obraz. Zamiast surowych, intrygujących krajobrazów, do których kino islandzkie nas przyzwyczaiło, jest tu Rejkiawik anonimowych osiedli, nieufnych ludzi i niekończących się wichur. Kári bez skrupułów wywraca na nice filmowy mit o Islandii jako azylu dla outsiderów i wolnych duchów.

1 komentarz

Dodaj komentarz