Franciszek Orłowski – Doświadczalski

Nurkował w śmieciach weneckich kanałów, wymieniał się ubraniami z poznańskimi bezdomnymi, szukał Boga razem ze Zbigniewem Liberą. W pierwszym zdaniu rozmowy pyta, czy sztuka kojarzy mi się z zapachami. Franciszek Orłowski nie boi się angażowania w sprawy społeczne, ale nie gubi sztuki w reportażowej formie. Uznawany jest za najciekawszego i najbardziej obiecującego polskiego artystę.
28

 

Pojechać do Londynu, zrobić kilka fotografii budynków starym aparatem, nie byle jakim, bo szpiegowskim. Następnie razem z grupą speców od mikrospraw przeciąć jednego pensa i włożyć do środka mikrofilm – brzmi jak scenariusz show Bogusława Wołoszańskiego. Pens w końcu trafia do portfela, a stamtąd do obiegu. Franciszek Orłowski trudzi się nad pracą znacznie bardziej skomplikowaną niż galeryjna instalacja, by jednym gestem dosłownie ją wydać i tym samym stracić to, co każdy inny artysta wolałby po prostu sprzedać. Żegnaj dzieło, liczy się eksperyment, badanie granic. Może właśnie dlatego w 2009 r. podczas 53. Biennale w Wenecji zamiast biegać za kolekcjonerami zanurkował w kanałach, by odkrywać zatopione fundamenty i piwnice weneckich kamienic. – Mówili, że jestem idiotą, bo nad głową, w mętnej jak ściek wodzie, pływały mi motorówki. Po co to robić? Nie chodzi tylko o poznawanie nowego oblicza miasta (podczas nurkowania nakręcił film „Spadek”, który mrocznymi wizjami mógłby konkurować z niejednym horrorem). Wszystko polega na doświadczaniu, zaspokajaniu egzystencjalnej potrzeby – tłumaczy Orłowski. Tego doświadczania artysta podejmuje się za nas, wcielając w życie najdziwniejsze pomysły.

22

 

Nie da się wyłapać jednego technicznego czy wizualnego wątku, który wiąże wszystkie prace Orłowskiego. Skacze od tematu do tematu, mówi, że jego pracownią jest głowa. To tu powstają projekty, realizacja to rzecz drugorzędna. Jakiś czas temu zainteresował się bezdomnością. – Temat jest mi bliski, ponieważ znam kilku bezdomnych. To nie jest tak, że oni mieszkają na ulicy wyłącznie z biedy. Często sami wybierają taki los – ubranie staje się ich mieszkaniem, bo nie potrafili rozpychać się łokciami, bo problemy egzystencji doprowadziły ich w to miejsce – opowiada. Swoje obserwacje w 2008 r. przekuł w artystyczne działanie – napotkanym bezdomnym oferował wymianę ubrań. Na ławce, w parku, przy świadkach przebierał się w ich ciuchy. Trzy lata później kontynuował projekt. Zebrał śmierdzącą odzież i uszył z niej namiot, tworząc mieszkanie ze szmat – jedynego realnego lokum bezdomnych. Nie ma w jego działaniu społecznego aktywizmu innego artysty – Krzysztofa Wodiczki, konstruującego pojazdy dla bezdomnych. Jest brutalna, cuchnąca prawda o życiu osób, których w galerii z pewnością nie zobaczymy. Sztuka Orłowskiego nie jest miła, łatwa i przyjemna. Ani łatwa w interpretacji. Gdy pod warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej przykrył samochód grubą, czarną warstwą asfaltu, niewielu zrozumiało, że pod galerią ktoś postawił obiekt do oglądania. Jeszcze mniej wyłapało trafny komentarz do ówczesnej sytuacji MSN. Ci, którzy pamiętają temperaturę dyskusji o nowym budynku dla instytucji, wiedzą, jak wiele wspólnego ma maszyna ukryta pod asfaltową pierzyną z potencjalnie najlepszym muzeum w Polsce, które jednak nigdy nie powstało. Ci, którzy lubią udowadniać, że polscy artyści chętnie kserują dawno już istniejące pomysły z Zachodu, mogliby zarzucić Orłowskiemu niemal literalne powtórzenie pracy Amerykanina Jamesa Winesa, który zalał asfaltem cały parking starych samochodów w USA. To wizualne podobieństwo nie może jednak być odbierane inaczej niż jedynie jako odległy patronat. Franciszek nie opowiada o paranoi amerykańskiej nadprodukcji w sektorze motoryzacyjnym, a raczej o energii uwięzionej pod asfaltem i w małej przestrzeni tymczasowego muzeum. Nietypową fascynacją Orłowskiego okazują się zapachy. – Interesuje mnie nowa przestrzeń, którą może opisać zapach przenikający tam, gdzie nie sięga wzrok i dźwięk. Zapach tworzący podziały inne niż ściany – tłumaczy. Zapach brudnej odzieży, smród ścieków tworzą przestrzeń zaskakującą, która może „dosięgnąć” nas w tam, gdzie się tego nie spodziewamy. Tym samym artysta toruje sobie drogę w nowe rejony, jak dotąd zupełnie przez artystów wzgardzone.

IMG_3411 kopia