Film: „Birdman”

Aktor na skraju załamania nerwowego

„Birdman” sięga po wielokrotnie przełamywany w kinie stereotyp artysty postrzeganego jako osoba nadwrażliwa, niespełniona, próżna i maskująca radosną fizjonomią wewnętrzny smutek. Nowy film Iñárritu bawi i boli, odkrywając przy tym o wiele więcej prawd na temat środowiska aktorów niż choćby niedawne „Mapy gwiazd” Cronenberga. Główny bohater tej historii, aktor Riggan Thomson (Michael Keaton), kiedyś wspiął się na szczyt popularności. Jako tytułowy superheros był uwielbiany przez widzów tak bardzo, że uwierzył we własną doskonałość. W efekcie zrezygnował z udziału w kolejnej części serii. Zdecydował się skupić na karierze w świecie arthouse’u, aby wreszcie zrobić „coś ważnego”. Niestety, w środowisku aktorów i reżyserów scenicznych jest uznawany za ciało obce.

Mało kto chce dać wiarę w jego intelektualne i twórcze możliwości, otoczenie traktuje go pobłażliwie. W tę nieskomplikowaną opowiastkę Iñárritu wplótł mnóstwo codziennych problemów. Kiedy bohaterowi już wydaje się, że wreszcie czeka go upragniony sukces, okazuje się, że jego dziewczyna zaszła w ciążę, aktor, którego zatrudnił w ostatniej chwili, robi problemy, a córka, która dopiero co wyszła z odwyku, znów popala trawkę. Te małe dramaty w filmie Meksykanina kumulują się, popychając akcję w stronę wielkiego dramatu. Ale czara goryczy się nie przelewa. Iñárritu co prawda zrobił film bolesny, ale nie pogrąża widza w smutku. Gatunkowo bowiem mamy do czynienia z komedią, która niejednokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy. Dzięki temu twórca dystansuje się do przedstawionej tu krytyki popkultury, próżności gwiazd, bezwartościowej sztuki czy nieetycznych krytyków. Obśmiewając adaptacje komiksów, korzysta też ze spektakularnych scen rodem z blockbusterów. Dowodzi przez to, że sam wyreżyserowałby jeden z lepszych.

„Birdman”
(„Birdman”)
reż. Alejandro González ñárritu
obsada: Michael Keaton, Edward Norton, Zach Galifianakis
USA 2014, 119 min
Imperial Cinepix, 23 stycznia

Dodaj komentarz