Feist – „Pleasure”. Album pełen malutkich zdziwień

źródło: materiały promocyjne

Podczas gdy spora część ludzi szuka radości w stabilizacji, pewności i ustalonym, wygodnym trybie życia, niektórzy wolą być ciągle zaskakiwani. Kiedy większość znajduje przyjemność w zjedzeniu całego ciastka na raz, mniej liczna grupa odczuwa ją, odkładając sobie połowę na później. Gdy duża część populacji jest wesoła tylko wtedy, kiedy problemy omijają ją z daleka, nieliczne jednostki wolą się z nimi mierzyć, a następnie śpiewać o tych potyczkach przy akompaniamencie gitary.

Kanadyjska wokalistka Leslie Feist jest jedną z tych nielicznych osób, które czują się świetnie w każdej z tych mniejszości. Gdy po sukcesie swojego trzeciego albumu, barokowo-popowego „The Reminder” z 2007 r., zamiast dalej szukać balansu pomiędzy niezależnością a popularnością, wybrała drogę przez rockowy ogień, wiadomo było, że zaskoczy nas jeszcze nie raz. I choć od tamtej pory wiele osób dziwi się głównie z powodu tego, że Feist nieczęsto wydaje kolejne płyty, to wypuszczony po sześciu latach przerwy album „Pleasure” pełen jest malutkich, czasami wręcz umykających uwadze zdziwień.

Klasyczna, rockowa struktura piosenki nie jest dla Feist wiążąca, a rozpoczęcie krążka zupełną ciszą czy skończenie piosenki fragmentem utworu zespołu Mastodon to dla niej jedynie nośnik, za pomocą którego opowiada o wzlotach i upadkach własnej duszy. Płyta mówi o seksie, śmierci i superego w sposób równie wrażliwy, co potężny, czysty w wyrazie i brudny w formie, niesamowicie intymny i czekający tylko, żeby sprawdzić się na dużej scenie któregoś z tegorocznych festiwali.