Fallout 4 – Prawie pięknie

Akcja gry toczy się dziesięć lat po wydarzeniach z „trójki”. Celem gracza jest odnalezienie ludzi, którzy zabili jego żonę/męża, i wyrwanie z ich rąk pozostałego przy życiu dziecka. Na przejście podstawowej historii wystarczy podobno marne dziesięć godzin, ale ja już w sumie spędziłem przed konsolą około trzech dni i dalej nie mam pojęcia, jak skończy się moja. „Fallout” to w końcu głównie eksploracja, poznawanie nowych postaci i podejmowanie decyzji. Np. czy chcemy być dobrzy, czy raczej wolimy stać się postrachem pustkowi.

CDRed przy „Wiedźminie” i Rockstar przy „GTA V” dali sobie radę. Bethesda musi się jeszcze dużo nauczyć.

To, co w tej edycji gry boli najbardziej, to dialogi przygotowane przez Bethesdę (za poprzednie edycje odpowiedzialny był inny deweloper – Obsidian Studio). Trudno mi sobie wyobrazić bardziej spłycone rozmowy. A szkoda, bo właśnie rozmowami z NPC-ami (Non Player Character, czyli postać neutralna) „Fallout” wciągał graczy w swój genialny świat. Problemem nieoczekiwanie stał się też poziom trudności. Ponieważ jest wyższy niż wcześniej (co samo w sobie jest fajne),  Bethesda postanowiła pomóc graczom niezliczoną ilością sprzętu co – biorąc pod uwagę, że akcja toczy się w świecie po apokalipsie – zakrawa na skrajną głupotę.

Gdyby jakieś małe studio zaczęło działalność od gry takiej jak „Fallout 4”, świat oszalałby z radości. Ale od najlepszych oczekuję tego, co najlepsze. CDRed przy „Wiedźminie” i Rockstar przy „GTA V” dali sobie radę. Bethesda musi się jeszcze dużo nauczyć.