Ewelina Gralak: Konstrukcja kolekcji

Gdy zobaczyłam Ewelinę po raz pierwszy w redakcji „Elle”, miała proste włosy do ramion, kocie kreski na oczach i posągową figurę. Nosiła ołówkowe spódnice, smokingowe kamizelki i koronkowe koszule. Minęły cztery lata, a ona, dziś 26-latka, właśnie obcięła się na czeskiego piłkarza (Mama powiedziała, że wyglądam jak chłopaki z Kelly Family – śmieje się Ewelina), a usta obrysowuje brązową konturówką w stylu lat 90. Ubrana jest w czarną bluzę, którą kupiła w Japonii w sklepie dla robotników, welurowe spodnie z Zary (– Z dobrego aksamitu, więc wyglądają jak od Diora. Coraz bardziej doceniam dobre tkaniny – mówi) i oversize’ową kurtką z pociętego denimu. Patrząc na nią, wiem, że ulica tak będzie się nosić za rok, bo Gralak wyprzedza trendy o co najmniej dwa sezony. To, co jej się znudziło, w sieciówkach dopiero zaczyna się podobać. – Przesada? Przegięcie? Przebranie? Mój styl jest zgodny ze mną, a ja czuję się dobrze w swojej skórze. To ciągła ewolucja – mówi Ewelina.

W jej szafie nie ma już miejsca na seksowne sukienki, którymi zachwycił się Sartorialist, fotografując nastoletnią Ewelinę na jej pierwszym tygodniu mody w Mediolanie. Przyjechała tam wtedy z rodzinnego Szczecina, gdzie studiowała dyrygenturę. Włóczyła się tam po klubach jazzowych, ogrodach przyjaciółek, gdzie z początkującą wtedy fotografką Sonią Szóstak robiła zdjęcia, i lumpeksach. – Moje zdobycze z second-handów ledwo mieszczą się w dwóch wielkich szafach stojących w dwóch pokojach mojego rodzinnego domu. Ostatnio w jednej z nich znalazłam wiktoriańską sukienkę, totalnie zgodną z trendami. Niektóre ubrania wyrzucam, ale co do większości mam nosa, że jeszcze kiedyś będą modne – mówi Ewelina. Intuicja do mody pozwoliła jej zostać jedną z najlepszych stylistek w Polsce. Współpracuje z takimi magazynami jak „Elle”, „Harper’s Bazaar”, „Wysokimi Obcasami Extra!” oraz markami Kpodonou, Sans, czy Local Heroes. W Paryżu stylizuje look booki Givenchy, do Tokio pojechała na zaproszenie Reeboka, ostatnio zrobiła też kampanię Sinsay na Kubie. Ale to jej osobisty styl, będący eklektycznym połączeniem grunge’u, streetwearu i trashu, który pokazuje na swoim Instagramie, zaskakuje najbardziej.

Kiedyś potrafiła całe wakacje pracować w Norwegii, żeby zarobić na torebkę PS1 Proenzy Schouler. Dziś nie uznaje epatowania markami ani total looków. Dla niej liczy się pomysł – skórzany gorset nosi na kurtkę moro, kabaretki pod dziurawe dżinsy, błękitny męski garnitur do traperów. – Największym komplementem jest dla mnie pytanie o to, gdzie coś kupiłam, na które mogę odpowiedzieć: w sieciówce albo w lumpie. Dobry styl polega na tym, że nie wiesz, skąd pochodzą ubrania, ale wiesz, że są sztosem – tłumaczy Ewelina. Nie odżegnuje się jednak całkowicie od wielkiej mody.

Ostatnio kupiła w Berlinie buty modnej marki Off White, zdarza jej się marzyć o minikuferku Louis Vuitton, poluje też na kurtkę vintage Balenciagi sprzed kilku sezonów. Przeskalowaną, tak jak jej ulubione ubrania. – Moda to architektura. Lubię bejziki, ale ze specjalnie wydłużonymi rękawami, rozszerzanym dołem albo dziwnym dekoltem. To znak rozpoznawczy mojego stylu, w pracy i poza nią – opowiada stylistka. Przekonała się też do najzwyklejszych levisów, powróciła do timberlandów (płaskich i na szpilce w stylu Jennifer Lopez z teledysku „Jenny From the Block”), zakochała w intrygujących formach nowej paryskiej marki Jacquemus. Czy w dobie fast fashion i jeszcze szybszego łącza internetowego można być prawdziwym oryginałem? – W Polsce bywam uważana za dziwaczkę. Ale ludzie, których obserwuję na Instagramie, ubierają się jeszcze dziwniej – śmieje się Ewelina. Wkurza ją, gdy ktoś naśladuje jej styl? – Każdy kogoś kopiuje. Ja nazywam to inspiracją, a nie naśladownictwem.

Ewelina Gralak stylizuje sesje dla „Harper’s Bazaar”, look booki dla Givenchy i kampanie dla najlepszych polskich marek. W szafie chowa za duże kurtki, męskie spodnie i koszulę z Elvisem.

Tekst: Ania Konieczyńska