Dlaczego w Polsce jest brzydko? Odpowiedzi szukają antropolodzy, artyści, historycy i wielu innych

Żal tropików

Miało być ładnie, a wyszło, jak wyszło. Dziennikarze, antropolodzy, artyści, filozof, architekt, historyk i socjolog zastanawiają się w „Hawaikum”, dlaczego w Polsce jest tak brzydko. Szukając odpowiedzi na to pytanie, przyglądają się i ozdabianym łabędziami z opon ogródkom, i polskim międzywojennym roszczeniom kolonialnym, i dresiarzom, i tekstom piosenek Tercetu Egzotycznego, i przydrożnym neodworkom. Im dalej w Polskę, tym bardziej egzotycznie. O potrzebie piękna, która niczym tropikalna choroba doprowadza nas do najbardziej szalonych poczynań dekoratorskich, rozmawiamy z Agatą Pankiewicz.

Że w Polsce jest brzydko, odkryciem Ameryki nie jest. Dlaczego i ty postanowiłaś się tej brzydocie przyjrzeć?

Ten problem wydał mi się tak dojmujący, że nie dało się tym nie zająć. Pomysł „Hawaikum” powstał kilka lat temu i jest niejako kontynuacją poprzedniego naszego projektu, underconstructed.pl, dotyczącego niedokończonych domów. Tych strasznych nieotynkowanych budowli z pustaków, stających w całym kraju. Pytanie „dlaczego jest tak strasznie” zadaliśmy sobie w 2009 r. i odpowiadamy na nie do dziś. Żeby nie poprzestawać na stwierdzeniu „taki naród”, przyjrzeliśmy się przyczynom historycznym i społecznym tej naszej upośledzonej ikonosfery. I to było jeszcze ze złości. Z niezgody. Tak jak w przypadku Springera, który do tej pory tak reaguje. Bo on do tego podchodzi bardzo dydaktycznie. On chce walczyć. Antropolodzy zaproszeni do projektu mieli najwięcej zrozumienia, artyści wizualni znacznie mniej, a dziennikarze burzą się najbardziej.

Mam wrażenie, że ta droga właśnie tak przebiega: najpierw tego nie zauważaliśmy, to po prostu było. Potem nas to zaczęło wkurzać. Od wkurzania przeszliśmy do wyśmiewania. A w końcu przychodzi akceptacja, ale nie jako pogodzenie się, ale próba zrozumienia.

Nasze dwa pierwsze projekty były jeszcze nerwowe, głównie denerwowaliśmy się, dlaczego ciągle mamy do czynienia z czymś tak potwornym, dlaczego każde miasteczko wygląda, jakby się w nim wysypało pudełko z popsutymi klockami. Ale ile można trwać w złości? Pojawiła się potrzeba zrozumienia. Ale zgody nie ma. Nie może być zgody na tę katastrofę. Bo to jest katastrofa. Ale katastrofa wewnętrzna, nasza wspólna, więc należy podejść do niej z życzliwością i jakąś czułością. Bo to jest często przejaw czegoś dobrego – o ile te domy niepokończone to jest często ślad ludzkich tragedii, o tyle cała reszta jest w dużej mierze realizacją jakiejś potrzeby piękna. Ja o tym myślę jak o próbie budowania swojego raju. A że te raje są zupełnie niepołączone ze sobą i z krajobrazem, to inna sprawa.

fot. Agata Pankiewicz&Marcin Przybyąko_4

Mniej więcej połowa „Hawaikum” to zdjęcia, głównie twojego autorstwa. Gdzie to całe piękno znalazłaś?

Wcale nie musiałam szukać. Na początku tak, ale jak się raz uczulisz na tę estetykę, zaczynasz ją dostrzegać wszędzie. Bo ona jest wszędzie. Żeby nie zwariować, zaczęłam się tym bawić – zbierać, opisywać. Rozbudziłam w sobie życzliwość, która jest potrzebna, żeby zrobić coś więcej. Bo gdy wchodziliśmy na te podwórka, to nawet jak się trochę śmialiśmy wewnętrznie – a przeważnie jednak się bardzo śmialiśmy wewnętrznie – to przecież nie mogliśmy tego pokazać ludziom. Na pytanie: „czemu pani to fotografuje?” odpowiadałam „bo jest takie piękne”. I w pewnym sensie wcale nie kłamałam. Próbowałam zrozumieć.

No właśnie, jak reagowali ludzie, gdy chciała pani sfotografować ich dzieła?

W Polsce ludzie na widok aparatu robią się bardzo nieżyczliwi. Na pytanie, czy mogę zrobić zdjęcie, od razu, bez zastanowienia mówią „nie”. Przede wszystkim na wsiach podejrzewają, że jestem wysłanniczką urzędu gminy, której sąsiad doniósł, że budynek jest niezgodny z projektem, że coś jest nabałaganione w papierach, że granica działki przebiega gdzie indziej niż ogrodzenie. Na pewno coś jest nie tak, coś mają na sumieniu, więc od razu podejrzewają, że z tym związana jest moja wizyta. Albo że jestem dziennikarką i chcę ich obśmiać. Więc niektóre zdjęcia robiłam ukradkowo, bo nie dostałabym pozwolenia. Na Ukrainie natomiast ludzie reagowali zupełnie inaczej, mogłam im z aparatem wejść w twarz, a oni się uśmiechali. Żadnych pytań o korzyści, żadnych podejrzeń. Coś się u nas pod tym względem stało dziwnego. Takiej wrogości dawniej nie było.

A twoją wrogość coś wzbudziło?

Libiąż. Te gigantyczne betonowe usta na rondzie przy wjeździe do miasta. Tego już zupełnie nie mogłam pojąć. Bo że jest dinozaur w Jaworzynie Krynickiej to ja rozumiem. To jest nawet urocze. Ale ten uśmiech był już złowieszczy.

Mnie rozczulają łabędzie z opon – z „Hawaikum” dowiedziałam się, że to najnowszy trend podwórkowy.

Mnie bardziej wzruszają opony nieprzetworzone. Ta kultura zbierania opon jest niezwykła – jest w „Hawaikum” zdjęcie czterech opon zakopanych w trawie na dużej łące. Równiutko ułożone, wystają wierzchołkami. I co to jest? Obiekt użytkowy? Estetyczny? Ktoś je chciał zakopać, ale wylazły? Ale tak równo? To jest dla mnie nierozszyfrowalne i ja to trochę kocham. Większość tych artefaktów ma jednak funkcję estetyczną, dekoracyjną. A ja najbardziej lubię te, które nie pełnią żadnej zrozumiałej funkcji. Niepokoją.

Gdzie jest najgorzej?

W centralnej Polsce. Tam najbardziej widać tę całą anarchię, irracjonalność, bylejakość. I wzajemną niechęć. Z kolei tam, gdzie płyną pieniądze – z Ameryki, a teraz właściwie raczej z Anglii – dekoracyjność jest bardzo duża. Bo ta cała strojność i pstrokatość wynika m.in. ze strachu przed biedą – też tą wizualną. Tak jest np. na Podkarpaciu, które zupełnie oszalało. Ale jednocześnie widać już tam porządkowanie przestrzeni. Ktoś tam robi świetny interes na kosiarkach – zadbany trawnik to też oznaka statusu. Z kolei okolice Limanowej, też dostatni rejon, to pierwsze miejsce, w którym zauważyłam, że ludzie przestają grodzić domy. Inna sprawa, że te domy nie są stawiane w żadnym porządku – wobec ulicy, drogi, siebie nawzajem. Są stawiane w środku pola, na wzgórku, tyłem, przodem, bokiem, skosem, jak kto chce. Zwykle wszyscy od wszystkich się grodzą. A tam nagle coś się otworzyło. Gdzieniegdzie zaczynają się więc porządki. Bo ta bieda wizualna polega moim zdaniem przede wszystkim na tym, że jest potworny bałagan.

Szczerek w swoim tekście pisze, że ta polska syfiastość jest bardzo południowa, to „radosne rozwłóczenie” jest bardzo tropikalne. Będąc w zeszłym roku na Karaibach, ze zdziwieniem zobaczyłam, że tam kolory budynków są zupełnie takie same jak na Podhalu: jaskrawe pomarańcze, intensywnie błękity, głębokie czerwienie, nasycone fiolety. Ale tam to pasuje – do światła, do otoczenia. U nas jest w tym rażąca nienaturalność.

Na greckich wyspach domy też są kolorowe, ale to z czegoś wynika. U nas wprawdzie też malowało się domy na wsiach, jak panna była na wydaniu, albo na niebiesko, bo to odstrasza insekty. Jeśli to ma jakieś umocowanie – w religii, tradycji, przesądzie czy w praktyce – to ok. Ale najgorsze jest to, że u nas te kolory są z dupy.

Ta nieszczerość kolorystyczna w moim odczuciu bierze się też stąd, że choć koloryt próbujemy mieć południowy, zupełnie nie po południowemu jesteśmy spięci.

To nie gra, to jest nieprzemyślane. Wszystko się do myślenia sprowadza. Największa ekstrawagancja jest do obronienia, jeżeli będzie wynikała z refleksji.

fot. Agata Pankiewicz&Marcin Przybyąko

Springer we wstępie do „Hawaikum” snuje przyrodniczą teorię. Pisze o tym, że Skandynawowie są tacy, jacy są, bo surowa, groźna przyroda, z którą na co dzień obcują, nie pozostawia im złudzeń co do ich roli. Nie są najważniejsi, i tak nad tą przestrzenią nie zapanują. Nasze monotonne mazowieckie pola aż się proszą o „upiększenie” i dają nam złudzenie, że nad krajobrazem można zapanować.

Ja myślę, że to są jakieś problemy z tożsamością, z brakiem poczucia własnej wartości. Sami sobie kojarzymy się z błotem, biedą, nudą. Skandynawowie też byli biedni. Ale na tyle mieli to wewnętrznie uporządkowane, że nie zahamowało to ich rozwoju. Mam również wrażenie, że to jest też kwestia religii. Protestanci mówią o katolikach, że ci nie czytają. Więc nie wiedzą. A protestanci czytają, myślą, rozmawiają, dyskutują. A my tylko wysłuchujemy czyjejś wykładni. I najczęściej ją odrzucamy.

Kościoły to często wręcz popisowy przykład zohydzania krajobrazu.

Jest w nas ciągle coś bardzo pogańskiego, przecież te wszystkie artefakty są zupełnie baśniowe.

„Hawaikum” zaczyna się tekstem Tischnera. Niełatwym.

Wiem, że można się na nim przewrócić. Ale ja bardzo walczyłam o ten tekst na początku, bo dla zrozumienia problemu potrzebne jest tło. Dlatego Tischner, dlatego potem Sowa – żeby zrozumieć, że jest, jak jest, nie dlatego, że w Castoramie są farby takie kolorowe i płotki takie brzydkie. Nie. To sięga dużo głębiej, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Sowa pisze o „niedorozwoju” społeczno-kulturowym naszego regionu, o „wtórności” i braku własnych wzorców. To dość trudne do przełknięcia.

Zachód posługuje się rozumem, a my nie za bardzo. Cóż, nie przeszliśmy pewnych etapów rozwoju cywilizacyjnego – albo ktoś nam coś narzucał, albo sami staraliśmy się naśladować – i już tego nie nadgonimy. Nie potrafimy widzieć rzeczy w kontekście.

Kontekst w ogóle jest w „Hawaikum” słowem kluczowym.

Jest niezbędny, żeby nie oceniać. Bo przyczyny tego stanu rzeczy są bardzo złożone. Bardzo trudno jest sobie powiedzieć, że jesteśmy chłopskim społeczeństwem, które w dodatku zabiło w sobie wrażliwość estetyczną prostego człowieka – bo się jej wstydziliśmy. I dlatego jak coś jest proste, to nam się nie podoba, bo jest biedne, bo pokazuje, że mnie nie stać na lepsze. Kompleksy odgrywają tu ogromną rolę.

Pojęciem spajającym całość jest tu egzotyka. Wychwytujecie ją w bardzo różnych obszarach i bardzo różnie o niej myślicie. Ciekawe jest to, jak bardzo ta egzotyka stała się swojska. Ja sama dopiero po przeczytaniu rozdziału o roślinach zdałam sobie sprawę, że przecież palmy i hibiskusy na każdym polskim parapecie to jednak jest dość kuriozalne.

To ma też oczywiście wymiar praktyczny, bo kaktusy są łatwiejsze w utrzymaniu, a z tujami jest mniej roboty, bo w przeciwieństwie do drzew liściastych nie trzeba po nich grabić.  Łatwiej posadzić tuję. I teraz cała Polska wygląda jak cmentarz. Tujoza potworna zapanowała.

fot. Agata Pankiewicz&Marcin Przybyąko_2

Miałam pewien problem z rozdziałem o dresiarzach. Konwencja naukowa, a ton wobec badanego „obiektu” pogardliwy. Oceniający.

Tak, to jest najostrzejszy z tekstów. W pozostałych przeważa duża tolerancja dla zdarzeń. Smerda uderza w człowieka, dlatego to robi wrażenie, zastanawiamy się, czy nie przekroczył granicy, za którą jest arogancja. Ale to jest arogancja kontra arogancja. Sens tego rozdziału w kontekście całej książki ja widzę jednak w temacie tatuaży. To jest obca choroba, która dotarła do nas z opóźnieniem, ale żniwo zbiera ogromne. Przecież to jest całkowicie egzotyczne.

Fascynujący jest rozdział Szczerka o polskich ambicjach kolonialnych, o tych emaliowanych nocnikach, które chcieliśmy sprzedawać w Liberii, o tych 10 tysiącach mieszkańców Radomia, którzy wyszli na ulice z transparentami „Żądamy kolonij dla Polski”.

Ten wątek jest ważny. Może się ktoś zastanawiać, co w ogóle jest ciekawego w tym „upiększaniu” przestrzeni. Przecież wszędzie na świecie ludzie w mniej czy bardziej nieporadny sposób ozdabiają swoje otoczenie. Szwajcarzy robią sobie ogródki z krasnalami, Niemcy stawiają trolle, palemki, pojawiają się różne egzotyczne artefakty. Tylko oni jednak mieli te kolonie, tam to ma sens. My byliśmy ciągle z boku, próbowaliśmy doskoczyć do tego rondelka, ale nam się nie udawało, lądowaliśmy w błocie. Więc udawaliśmy, że Ukraina jest naszą kolonią. Tylko że z Ukrainy nie można było przywieźć słonia. U nas te naturalne procesy tożsamościowe były ciągle przerywane jakimiś katastrofami, więc nie mogły się dokonać. Poczucie bycia u siebie, stabilność – to było ciągle zaburzane. Stąd ta prowizoryczność. Ciągle coś próbujemy nadrobić, nadgonić. Nie jest może aż tak prowizorycznie jak w Ameryce, ale to może tylko gorzej – w Ameryce wiatr te paskudztwa przewieje. U nas one są pozalewane betonem i postoją jeszcze długo.

Jaki jest wymarzony happy end tej waszej pracy? Co można zrobić, żeby było dobrze?

Nie budować. Mój mąż jest architektem i doszedł do takiego dość trudnego dla siebie jako czynnego zawodowo architekta wniosku, że należy przestać budować. Trzeba uratować to, co jest, oczyszczać, odejmować. Odpiększać.

fot. Benjamin Schmidt_CAMPER__CMYK


Agata Pankiewicz

Fotograf, architekt wnętrz. Doktor habilitowany, kierownik Katedry Filmu Animowanego, Fotografii i Mediów Cyfrowych na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie. Współredaktorka „Hawaikum”, książki wydanej wspólnie przez Czarne,krakowską Akademię Sztuk Pięknych i Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. „Hawaikum” to zbiór tekstów napisanych przez  antropologów, artystów i dziennikarzy, które dotykają bardzo różnych sfer (m.in. architektura, kulinaria, muzyka), krążąc wokół tematu „egzotyczności” polskiego krajobrazu.

Więcej ciekawych treci w wydaniu on-line