DJ Krush – album wysprzątany jak japoński hotel na godziny

DJ Krush
„Butterfly Effect”

Za każdym razem, kiedy zawodzi mnie któryś z idoli mojej młodości, nachodzą mnie pytania natury egzystencjalnej. Bo może to nie oni spuszczają z tonu, wpływają na dźwiękowe mielizny i ślepo podążają za współczesnymi trendami, ale to ja się zestarzałem. Obrosłem w pretensje i nie potrafię już się cieszyć rzeczami, które gdy byłem nastolatkiem, zmieniały moje postrzeganie muzyki, którymi zasłuchiwałem się aż do zdarcia taśmy. O ile zdążyłem się pogodzić z tym, że RZA, DJ Shadow czy Nightmares on Wax pogubili się w trybach fonograficznej machiny i rozpędzonym kołowrocie brzmieniowych trendów, o tyle z tym, że katana pierwszego samuraja instrumentalnego hip-hopu jest dziś tępa jak nóż do masła, oswoić się przychodzi mi nader ciężko. Pamiętam bowiem ciarki biegnące mi po plecach, kiedy pierwszy raz słuchałem „Meiso”, „Milight” czy „Kakusai”;

pamiętam radość, jaka towarzyszyła mi w drodze do Katowic, gdzie DJ Krush wystąpił na pierwszej edycji Nowej Muzyki; pamiętam zdenerwowanie, z jakim wyczekiwałem odpowiedzi na moje kolejne pytania w wywiadzie, który – z pomocą tłumacza – przeprowadziłem z japońskim producentem w 2010 r. I z tych właśnie powodów nie zrezygnowałem ze słuchania „Butterfly Effect” po pierwszych trzech podejściach.

Katuję więc małżonkę od tygodni tym albumem, porównuję z poprzednimi dokonaniami Azjaty i doszukuję się niuansów, które mogłyby poprawić ocenę płyty. Wnioski niestety jednak mam niewesołe – im bardziej ja w Polsce wyczekiwałem tego pierwszego od 11 lat krążka, tym bardziej Krush w Japonii tonął w tkliwości i współczesnym, sterylnym podejściu do brzmienia. Taki to właśnie efekt motyla.

To właśnie natarczywa emocjonalność i wszechobecna czystość stanowią największe wady pierwszego w tym dziesięcioleciu longplaya Hideakiego Ishiiego. Co prawda swoistej melancholii było w jego produkcjach całkiem sporo od samego początku, to równoważył ją zawsze winylowy brud przepełniający głośniki w stopniu, który co większych pedantów był w stanie skłonić do odkurzania membran i pucowania kabli. „Butterfly Effect” jest natomiast wysprzątane jak japoński hotel na godziny. Na składających się na album 11 kompozycjach nie ma nawet śladu pyłu.

Nic nie trzeszczy, nic nie szumi, jeśli gdzieś się zdarzy jakiś sampel, to wypolerowany jest na błysk, a charakterystycznych skreczy Krusha szukać należy… na jego poprzednich krążkach.

Tu są za to niskopienne, basowe syntezatory i cyfrowe pianina; jest znana ze współpracy z Jimem Jarmuschem Yasmine Hamdan i kalifornijski bitowiec Free The Robots; jest ckliwość rodem z wątpliwych flirtów hip-hopowców z muzyką klasyczną i nieznośna nuda. I wszystko to może i współgra z opisem płyty, który skupia się na tym, jak bardzo chaos niszczy naszą piękną planetę, ja jednak mam nadzieję, że w tym samym czasie, gdy DJ Krush znajduje w swoim japońskim studiu spokój, gdzieś po drugiej stronie globu w głośnikach któregoś młodego producenta rozpoczyna się trzęsienie ziemi. Efekt motyla musi mieć przecież i pozytywne skutki.

DJ Krush
„Butterfly Effect”

Es.U.Es Corporation

Dodaj komentarz