Disclosure – Alternatywa dla tandety

Disclosure. Najgorętsza nazwa sezonu na brytyjskich parkietach. Bracia Ben (starszy) i Howard (młodszy) Lawrence zdali egzamin z wynikiem ultrapozytywynym – krążek „Settle” wdrapał się na szczyty listy przebojów i sprawił, że prasa muzyczna (z małymi wyjątkami) padła przed nimi na kolana. Na tę sytuację nie pozostaje bez wpływu ich metryka: Howard do niedawna nie mógł wejść na legalu do niektórych miejsc, w których występuje, a estetyka, którą inspiruje się wraz z bratem, powstała na długo przed tym, zanim obaj pojawili się na świecie. Disclosure występują na Open’erze, a my z tej okazji wypytaliśmy młodszego z braci Lawrence o szaleństwo, w jakim od pewnego czasu biorą udział

Numer jeden w ojczyźnie, TOP 40 w odpornych na taneczne brzmienie znad Tamizy Stanach. Te liczby nie kłamią.
Zastanawiam się czasem, co publiczność tak naprawdę znajduje w naszej twórczości. Może chodzi o to, że ludzie zaczynają nudzić się dubstepem? Disclosure to przede wszystkim melodie i kompozycje o jasnej, przejrzystej strukturze. To nie tylko bas i hałas.

Mam też inne podejrzenie: być może wszędobylski róż spod znaku Davida Guetty się przejadł i publiczność łaknie czegoś mniej cukierkowatego.
(śmiech) Nie chciałbym wymieniać żadnych nazwisk. Ale z pewnością jesteśmy mniej zachowawczy niż facet, o którym wspomniałeś. I cieszy nas to, że możemy być alternatywą dla gównianej tanecznej tandety, którą karmią ludzi rozgłośnie radiowe.

No właśnie, brytyjska prasa ogłosiła was zbawcami parkietów.
Gwoli ścisłości, nie chcielibyśmy, aby cały splendor spłynął na nas (śmiech), bo zdaje się, że to określenie pojawiło się w kontekście nowego nurtu muzyki tanecznej. To bardzo schlebiające i cieszymy się, że możemy być częścią tego zjawiska.

Hype to jednak broń obusieczna, wszystko w czasach internetu dzieje się dość szybko, a kolejny zbawca może czaić się tuż za rogiem. Myślicie w tym kontekście o przyszłości?
Oczywiście, może zdarzyć się tak, że za rok nazwa Disclosure nikomu nic nie powie. Myślę, że jesteśmy szczęściarzami, że w tak krótkim czasie i w tak młodym wieku udało nam się dojść tak wysoko. Nie zastanawiam się zbyt mocno nad tym, co zdarzy się za parę miesięcy. Jesteśmy teraz na fali i ten właśnie moment należy wykorzystać, jak najbardziej się da.

Były też i negatywne opinie. „Independent” napisał, że Disclosure proponuje najbardziej puste bity sezonu.
Mamy świadomość, że każdy może ocenić naszą muzykę, jak mu się to tylko żywnie podoba. Nie przejmujemy się jednak takimi komentarzami. Nie staramy się sprostać niczyim gustom, po prostu robimy to, co mamy do zrobienia, najlepiej, jak potrafimy. Wskaźnik pozytywnych reakcji wychodzi nam raczej na plus.

Właściwie w każdym artykule na wasz temat pojawia się odniesienie do waszego wieku…
Nie jesteśmy w stanie tego przewalczyć, tak już po prostu jest….

Nie możemy jednak zapominać, że kiedy rodził się house, który stanowi jedno ze źródeł waszych inspiracji, nie było was jeszcze w najśmielszych planach rodziców, a garage możecie znać chyba tylko z Youtube’a.
Jeśli chodzi o muzykę stricte taneczną, zaczęliśmy od dubstepu. Kiedy zainteresował nas rytm, dubstep właśnie się rodził i my w tym wszystkim, jako odbiorcy muzyki, uczestniczyliśmy. To był jednak dopiero początek naszej przygody. Dubstep nie do końca nas kręcił, traktowaliśmy go jedynie jako przyczynek do świetnej zabawy w klubie, a nie sensowną formę ekspresji. Potem zainteresowali nas tacy artyści jak James Blake czy Joy Orbison, którzy z powodzeniem łączą zamiłowanie do cięższych brzmień z wrażliwością. I oni z kolei, w naturalny sposób, doprowadzili nas do punktu, w którym jesteśmy teraz.

Twierdzicie, że bliżej wam do popu niż do undergroundu.
Wychowaliśmy się na klasycznych płytach Kate Bush czy Petera Gabriela. Ci artyści pokazali nam, że skomplikowanie czy niejednoznaczność formy nie oznacza nieczytelności. To mistrzowie melodii, którzy osiągnęli komercyjny sukces. Chcielibyśmy funkcjonować na rynku w podobny sposób. Gdybym miał jakoś zdefiniować naszą twórczość, określiłbym ją mianem popu z house’owymi czy garage’owymi naleciałościami.

Wasz pierwszy wielki przebój, „Latch”, to przykład na to, że taneczna muzyka może mieć duszę, to kompozycja, która mogłaby zostać zagrana nawet na gitarze akustycznej.
Zarys „Latch” powstał na pianinie, potem dodawaliśmy kolejne elementy: bas, rytm, głos. Spośród naszych utworów to chyba najbardziej jaskrawy przykład tego, jak staramy się łączyć nasze inspiracje.

Jak udało się wam zaprosić do udziału w zabawie Jessie Ware czy Jamiego Woona?
Trzeba mieć znajomości (śmiech). Każdy z gości pojawił się na płycie w zupełnie inny sposób. Jessie znamy od dawna, przyszła kiedyś na nasz koncert. Jamie jest fanem naszej twórczości, tak jak my jego, więc po prostu wysłaliśmy do niego e-maila z pytaniem, czy nie chciałby wziąć udziału w nagrywaniu „Settle”. To wszystko dzieje się w naturalny sposób – żaden z nas właściwie nie umie śpiewać, więc potrzebujemy pomocy z zewnątrz.

Dlaczego zdecydowaliście się na tworzenie muzyki razem?
Taki układ wyszedł właściwie naturalnie. Ja, zafascynowany hip-hopem, zacząłem tworzyć bity na swoim laptopie, Ben studiował wtedy technologię muzyki i zaczął pomagać mi przy obróbce tego, co przygotowałem. I w ten sposób nagraliśmy nasz pierwszy singiel.

Przykład Oasis pokazuje, że wspólne granie z bratem może mieć poważne konsekwencje.
Traktujemy się raczej nawzajem jako przyjaciele, a nie bracia. Przypominamy sobie o pokrewieństwie, gdy ludzie pytają nas o to w wywiadach. Bez urazy (śmiech).

Nazwa Disclosure pojawiła się najpierw w kontekście remiksów.
To prawda, ale muszę przyznać, że traktujemy remiksowanie jako zabawę, odskocznię. Wolę pisać swoje własne rzeczy niż przetwarzać myśli innych.

Na większości zdjęć wasze twarze pokryte są białymi kreskami, nie można was w ogóle rozpoznać. Strach przed groupies? Ochrona prywatności?
Nie do końca. Na naszej pierwszej okładce, zafascynowani Burialem (brytyjski muzyk, który długo ukrywał swą tożsamość przed światem – przyp. red.), zastosowaliśmy ten pomysł. Wydawał nam się interesujący, bo wzbudza ciekawość: kim są ci panowie? A potem to się jakoś potoczyło samo – w wielu przypadkach tak samo traktujemy twarze ludzie, z którymi nagrywamy nasze numery. Wydaje nam się to oryginalne i zabawne.

Pierwszy koncert w Polsce macie już za sobą. W kontekście twojego wieku (Howard dopiero niedawno skończył 21 lat – przyp. red.) klubowy występ wcale nie musi być prosty.
To prawda. Szczególnie w Stanach zdarzało nam się grać w miejscach, do których nie mógłbym legalnie wejść. Nierzadko musieliśmy przekonywać ochronę, by nas wpuściła, bo „ja tu zaraz, proszę pana, będę grać”. (śmiech) W Polsce było świetnie. Polacy są otwarci, bezpośredni i wyluzowani. Cieszymy się, że wracamy do was już niedługo.

Rozmawiał: Maciek Tomaszewski

Dodaj komentarz

-->