Diabli nadali: Jess and the Ancient Ones

Jess and the Ancient Ones „Second Psychedelic Coming: The Aquarius Tapes”

Hasło „fińskie gitarowe granie” w zorientowanych w temacie odbiorcach obudzi jedno skojarzenie. Mocno kiczowaty pop-metal, długowłose gwiazdy z telewizji (choć w dzisiejszych czasach już raczej z YouTube’a) i koszmarnie pretensjonalne teledyski. Ta część Półwyspu Skandynawskiego zawsze odstawała od sąsiadów zza zamarzniętej miedzy. Specami od kłaniania się tradycji i grania w stylu vintage w tym regionie byli i pewnie pozostaną niezawodni Szwedzi.

Tymczasem w Finlandii powstał zespół, który nie tylko nokautuje Szwedów, ale też zdążył dokonać sprawnego abordażu na drugi brzeg Atlantyku. Trasa z King Diamond (swoją drogą kolejny Skandynaw) po największych amerykańskich i kanadyjskich miastach to coś, czego raczej nie robi większość garażowych zespołów wydających swój drugi album.

No, ale tą płytą Jess and the Ancient Ones trafili nie tylko w punkt, ale też w czas. I trzeba im to oddać nawet pomimo faktu, ż nie nagrali niczego szczególnie odkrywczego.

Wszystko to, co robią Jess and the Ancient Ones słyszeliście już bowiem wiele razy na winylach Atomic Rooster czy mp3 Blues Pills. Surowy (hard?) rock z przełomu lat 60. i 70. przeżywa teraz drugą młodość, a Finowie dodatkowo potrafią ubrać go w ultraprzebojową i ciekawą konwencję wychodzącą poza „granie bluesa z przesterem”. Jeśli słuchaliście kiedyś niemieckich klasyków z nieodżałowanego Lucifer’s Friend, to poznacie ten okultystyczny i szamański klimat kryjący się pod rzężeniem klawiszy. Zresztą mam wrażenie, że „Where the Groupies Killed the Blues” leciało gdzieś w przerwach miksowania tego albumu. To dokładnie ten sam rodzaj energii, harmonii i opętańczego groove z piekła rodem. Kojarzycie francuskie Aqua Nebula Oscillator? To rytualne granie z tego samego kotła. Muzyka, przy której ma się wrażenie, że diabli chórki śpiewają, a performance Sunn O))) to tylko zabawa dla dzieci.

Pełnią szczęścia w tej pędzącej jak rakieta rockowej jeździe jest ostatni, trwający ponad dwadzieścia minut numer. Starego rocka gra wielu, ale na takie utwory w czasach Snapchata nie porywa się już chyba nikt. I warto po tę płytę sięgnąć choćby dla niego.

Dodaj komentarz