Denzel Curry „ZUU” recenzja

Denzel Curry jest jednym z niewielu przedstawicieli najświeższej szkoły rapu, którzy stawiają bardziej na treść kawałków niż ich formę. Z tego powodu „ZUU” dla wielu fanów może być problematycznym wydawnictwem. Nie jest to od początku do końca przemyślany projekt, a raczej lajtowy (ale nie w kwestii brzmieniowej) album napisany jako oda do sceny rapowej w Miami, na której Curry się wychował. Przez ostatnie lata Denzel wielokrotnie próbował reprezentować Florydę, ale dopiero płyta stworzona dla zabawy w dwa miesiące była w stanie oddać to, jak mocno jest zakorzeniony w tych właśnie brzmieniach. Świetne hooki, zapamiętywalne refreny, baunsowe produkcje i Denzel nawijający bez chwili wytchnienia to brzmienie, które zachwyciło fanów lata temu. Trochę brakuje na płycie momentu oddechu, który spowodował, że poprzedni album muzyka „TA13OO” był jednym z highlightów 2018 r. Tu każdy kolejny track wali nas po uszach, poczynając od brzmień miami bassowych, przez kawałki powiązane z Raider Klan po szalone bangery. Wszystko to wymieszane jest w kotle i stanowi idealny obraz miasta, które kojarzy się głównie ze „Scarface’em” i żartami o emerytach w amerykańskich serialach. I trzeba tylko się cieszyć, że Curry w przeciwieństwie do Vince’a Staplesa wydał imprezowy wakacyjny projekt przed latem, a nie w listopadzie. A zdanie „SHE GONE SHAKE THAT ASS CAUSE SHE ONLY LIVE ONCE” spodziewamy się usłyszeć na każdej hiphopowej płycie najbliższych 12 miesięcy.

Tekst: Kacper Peresada