Demdike Stare – Wonderland

Brytyjski duet Demdike Stare od lat przelewa swoją fascynację okultyzmem na brzmienie poszczególnych albumów. Najnowszy z nich, trzeci w karierze longplay Wonderland to udany gatunkowy miks.

W porównaniu do poprzednich dwóch krążków – Liberation Through Hearing (z klimatycznym, wyśmienitym utworem Bardo Thodol) oraz jego następcy Voices of Dust, najnowsza płyta to rzecz zaskakująco taneczna. Powyższe dzieła – co należy zaznaczyć – bardzo wysokiej jakości, to klimaty bliskie dubtechno i mrocznemu ambientowi. Brzmienia wysublimowane, niepokojące i parające się wspomnianym wcześniej okultyzmem, którego dawka na Wonderland jest nieco zminimalizowana. 

Cieszy mnie, że duet podający się za eksperymentalny, tychże eksperymentów się nie boi. Gdyby muzycy nagrali kolejny album w podobnej stylistyce – spoko, pewnie trzymałby poziom i wywoływał również jednoznaczne westchnienia zaznajomionych z tematem. Na Wonderland Sean Canty i jego kumpel Miles Whittaker poszli jednak w eklektyzm. Zaserwowali krążek intensywny i nieoczywisty, który żongluje muzycznymi stylami.

Już pierwsze numery na płycie powodują u słuchacza niemałe zaskoczenie. Znakomity Animal Style, który otwarcie propaguje brytyjskie, połamane brzmienia, do spółki z mroźnym techno w Curzon przyprawiają o szybsze bicie serca. Ogólne wrażenie, jeśli chodzi o sposób budowania kompozycji na Wonderland, jest więcej niż dobre. Muzycy wplatają elementy zaskoczenia w swoje utwory, dużo się w nich dzieje. Pojawia się odczucie, że Demdike Stare porzucili na chwilę nieodłączny składnik swojej twórczości, czyli hauntologię, a kawałkiem najmocniej kojarzącym się z ich poprzednimi dziełami jest monumentalny Hardnoise. Podsycone w nim lekkim industrialem dubtechno jest jednak tak nieoczywiste, że w zasadzie ciężko wepchnąć utwór do tej samej szufladki, co Caged In Stammheim czy Viento de Levante.

Przykładów podobnych zapożyczeń jest zresztą więcej, wystarczy przybliżyć acidowy track FullEdge (eMpTy 40mix) czy najlepszy na płycie, ociekający jungle i dancehallem Sourcer. To jest po prostu parkietowy wymiatacz – połamana rytmika i szybkie tempo kuszą, żeby wpaść w taniec. Płytkę zwieńcza house’owy walec w postaci Overstaying – pasjonaci stopniowego wyciszenia będą zatem zawiedzeni.

Wonderland broni się jako całość, to skondensowana dawka wymagającej i satysfakcjonującej muzyki. Znalazło się tutaj tylko dziewięć kompozycji i co ważne, nie doświadczyłem jakościowej tendencji spadkowej. Mocny audiowpierdol aż do samego końca.