Debiutancka płyta niXes, czyli mniej psychodelicznie, a bardziej przebojowo

źródło: niXes

Ostatni raz, kiedy w Polsce promowano jakiegoś artystę pod szyldem „psychodelia”, miał chyba miejsce gdzieś w głębokich latach dziewięćdziesiątych. I nawet wysiłki Kamila Sipowicza nie sprawiły, żeby od tamtej pory pojęcie to wyszło gdzieś poza kręgi kiszących się w undergroundzie freaków.

Co ciekawe, debiutancki album formacji niXes psychodelii ma w sobie chyba najmniej. Jest tu za to bardzo dużo przyjemnych przebojów i dziękowałbym wszystkim bogom, gdyby takie rzeczy królowały w polskich stacjach radiowych. Zanurzone w przestrzennej elektronice hity lokują niXes o kilka kroków przed resztą nadwiślańskich „alternatywno-popowych” wykonawców. Może to ze względu na kompletnie inne podejście do komponowania, które nie jest oparte wyłącznie na poszukiwaniu obowiązkowego „pierdolnięcia”. A może przez to, że w końcu na nagranej przez Polaków płycie nie słychać wyłącznie mroku i apokalipsy?

To zdecydowanie nie jest płyta dla zapętlających Baba Zula czy Föllakzoid, dlatego tym bardziej zakład o dymka, że na przyszłorocznych festiwalach większość nastolatek będzie piszczeć pod sceną właśnie do dźwięków niXes.