De La Soul „and the Anonymous Nobody…”

Nigdy nie będzie takiego lata

Właściwie od samego początku – kiedy w 1996 r. po raz pierwszy usłyszałem krążek „Stakes Is High” – mam problem z De La Soul. W rapie bowiem mój słuch przykuwa zwykle chamstwo, nie inteligencja, zadziorność, nie sympatyczność i surowość, nie melodia. A do tego jeszcze z całą zapalczywością – która zazwyczaj jest mi obca – nienawidzę hipisów, niezmiernie wkurza mnie określenie „hip-hop dla tych, którzy hip-hopu nie trawią” i nie mam czasu na to, żeby przez miesiąc słuchać w kółko tylko jednej płyty. I o ile z pierwszej z tych przywar De La’s wytłumaczyli się już na samym początku kariery, o tyle o dwie pozostałe trudno mieć do nich pretensje. Nic przecież nie zrobię z tym, że to, co ja uważam za największą zaletę rapu, przeważająca część społeczeństwa odbiera jako skazę, a Pos, Dave i Maseo nic raczej nie poradzą na to, jak bardzo chwytliwe piosenki wychodzą spod ich piór. Piór, które przez lata – bo przecież od ich debiutu minęły już ponad dwie dekady, a od ostatniej płyty dekada z haczykiem – zdążyły już posiwieć. Dziś, gdy starość jest tematem tabu, a sztaby chirurgów i speców od Photoshopa pracują nad tym, by nikt się w latach nie posuwał, owa mikrofonowa trójca nie wstydzi się jednak swojego wieku.

Żaden z jej członków nie ma zamiaru pędzić na złamanie karku, by nadrobić „stracone” chwile, każdy jest świadom zmiany warty, do jakiej doszło przez ten czas na rapowej scenie, a status żywych legend nie przeszkadza im prosić fanów o wsparcie. Świadomość ta wyziera z każdego właściwie numeru z ich najnowszego krążka i choć przebija przez niego też spora doza zgorzknienia i żalu, to kryzys wieku średniego przechodzą łagodnie, nie popadając w śmieszność ani nie uzurpując sobie wszechwiedzy. „Żywe” bity może nie mają tu hitowego potencjału ich dawnych szlagierów, ale bujają bardzo elegancko, natomiast zastęp gości, w którym stanęli obok siebie m.in. David Byrne i 2 Chainz, pozytywnie wpływa na różnorodność materiału. Materiału, który ma w sobie wciąż coś z ich dawnego, wspólnotowego i pozytywnego hipisowskiego ducha i świetnie się sprawdzi w roli „hip-hopu dla tych, co hip-hopu nie trawią”. I od kilku już dni nie pozwala mi zmienić płyty w odtwarzaczu. Materiału, który jest też w pewien uroczy sposób nieco zdziadziały, z czym znów mam nie lada problem, bo wiem, że będę jeszcze kiwał do niego głową przynajmniej przez kilka tygodni.


De La Soul
„and the Anonymous Nobody…”
A.O.I. / Kobalt
4A!
MUZYKA