Czy Superman jest już faktycznie u kresu dni?

Superman to popmitologia stworzona przez społeczeństwo bez bohaterów, przeszłości i ciągłości kulturowej. Własna ontologia jest konieczna: odróżnia i spaja, tworząc naród.

Kapsuła z dzieckiem kosmitów spada na Ziemię, a obcy staje się ostoją ludzkości i prowadzi ich ku lepszemu światu. Ma nadludzkie możliwości fizyczne i psychiczne, jest nieskazitelnie dobry i krystalicznie uczciwy. Chroni od złego. To oczywiście atrybuty boga. W „U kresu dni” Grant Morrison mówi o tym otwarcie i konfrontuje herosa z Kryptona z chrześcijańską (ale strawestowaną) wizją świata, w której armia wampirycznych aniołów i chochlikowaty diabeł szykują się do ataku. To, w jaki sposób scenarzysta dyskutuje z mitem superbohaterskim i chrześcijaństwem oraz tradycją SF, robi wrażenie. Ciekawe i inspirujące pomysły giną jednak w miałkich i bełkotliwych dialogach oraz wszechogarniającej bijatyce. Popkultura wszystko potrafi przerzuć i wypluć, a ten komiks jest tego świetnym przykładem. Akcja rozgrywa się równocześnie w kilku planach przestrzennych i czasowych, rzeczywistość jest bardziej spiralą niż linią prostą, a fakty mogą się zmieniać. Mimo to finałowa wolta fabularna, po której pomoc nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony, jest naciągana. Graficznie komiks trzyma poziom, przeszkadzają jednak cyfrowe kolory, które potrafią zabić każdy przejaw indywidualizmu. Okładka fajnie oddaje wielowymiarowość tej historii, ale cały jej potencjał został zmarnowany.

„Superman. U kresu dni”
sc. Grant Morrison i in.; rys. Rags Morales i in.
Egmont

Dodaj komentarz