Creed: narodziny legendy – zniosę więcej!

„Creed – Narodziny legendy”
reż. Ryan Coogler

Kawał świetnego kina bokserskiego. Ale też trafiona w punkt odpowiedź potrzeby naszych czasów. Jeśli wśród znajomych nie potraficie wskazać osoby, która regularnie chodzi na siłownię bądź fitnessy, to znaczy, że żyjecie poza czasoprzestrzenią. Albo że nie macie znajomych. W ułożonej codzienności, kiedy przykuci do biurek grzecznie wykonujemy polecenia przełożonych i innych team leaderów, potrzebujemy dać upust nerwom i stresowi. Najlepiej poprzez fizyczne wyżycie się.

Film Ryana Cooglera kapitalnie tę potrzebę opisuje i zaspokaja. Tytułowy bohater „Creeda” nie jest dzieckiem ulicy tak jak jego trener – Rocky Balboa. Creed pracuje w korporacji, jest krawaciarzem, na tyle majętnym, że stać go na życie w luksusowej willi. Wola walki na ringu wydaje się w jego przypadku jedynie fanaberią, potrzebą mocnych wrażeń, których ułożonemu chłopakowi ewidentnie brakuje. Pozory mylą, ale nie tego, kto pamięta, że to nie pieniądze dają szczęście. Ważniejsze okazuje się znalezienie celu w życiu. A tym dla Creeda nie jest open-space od 9 do 17, tylko boks i zmierzenie się z legendą ojca, który zginął na ringu, walcząc z Balboą.


Motywacja bohatera, tak jak wiele innych kwestii w tym diabelsko inteligentnym filmie, jest pełna interesujących niuansów i nieoczywistości. Jako że w boks wpisane są agresja, testosteron i chęć rozgromienia przeciwnika, można podejrzewać, że napędzany nimi Creed poszuka zemsty za to, co spotkało jego ojca. Tymczasem Coogler myli tropy. Ustami trenerów uczy widzów i bohatera filozoficznej definicji boksu. Zwycięzcą zostaje tu ten, kto jest w stanie utrzymać się na ringu dłużej, ergo: jest lepiej przygotowany. Samodyscyplina (przed walką nie wolno uprawiać seksu, bo może wpłynąć negatywnie na nogi!) i odporność na ciosy stają się ważniejsze niż powalenie przeciwnika. Zwycięstwo nad sobą okazuje się największą wartością, tylko ono prowadzi do zwycięstwa nad innymi.

Creed i Coogler mają podobne cele. Pierwszy, żeby wygrać, musi skupić swoją uwagę, drugi – widza. Reżyserowi udaje się to wespół z autorem muzyki i montażystą. Dwaj ostatni zwierają szyki, nadając filmowi wigor, dryg i energię. Działają w symbiozie, jakby kręcili teledysk ulubionego zespołu, ale z szacunkiem dla scenariusza. Wszak, wbrew pozorom, zarówno boks, jak i kino bokserskie to praca zespołowa.

Dobrze, że dzięki wspólnym wysiłkom powstają jeszcze filmy, w których inteligentna rozrywka spotyka się z podnoszącym na duchu przesłaniem. Creeda w popisowej kreacji wyluzowanego i angażującego Michaela B. Jordana trudno nie polubić. Wydźwięk filmu ma podobną moc oddziaływania co mitologizacja boksu – w wyniku tego po projekcji ma się ochotę zamienić fitness i siłownię na szkołę dla bokserów-amatorów. A jeszcze bardziej zmierzenia się z życiem na wytrzymałość, jak robią to bohaterowie. Tego uczy nas Balboa naszych czasów.

obsada: Michael B. Jordan, Sylvester Stallone, Tessa Thompson, Phylicia Rashad
USA 2015, 132 min
Forum Film Poland, 8 stycznia

Dodaj komentarz