Co nas nie zabije – odcinanie kuponów od sukcesu Larssona

old, grunge wood panels used as background

Jeśli piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami, to czyściec bez wątpienia kontynuacjami powieści.

„Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza jest zapowiadaną szumnie niczym ślub Kim Kardashian kontynuacją trylogii „Millennium”. Pod koniec sierpnia równocześnie w kilkudziesięciu krajach zstąpiła ona do księgarń. Jedno trzeba wyraźnie zaznaczyć – Stieg Larsson kolejne części swoich genialnych kryminałów pisał powodowany gniewem wobec przemocy, niezgodą na rasizm i sprzeciwem wobec odradzającego się na naszych oczach faszyzmu. Lagercrantz, mówiąc wprost, wziął pieniądze i po blisko dziesięciu latach od nagłej śmierci twórcy postaci Blomkvista i Salander dopisał dalsze ich losy. Nie można powiedzieć, by zrobił to wybitnie źle, ale diabeł tkwi w proporcji – stworzył powieść, która do oryginału ma się jak wzdęcie do porodu.

W „Co nas nie zabije” pojawiają się praktycznie wszystkie postaci z poprzednich części, zaś sama akcja dotyczy sprawy kradzieży technologii umożliwiającej stworzenie sztucznej inteligencji. Szkoda niestety, że tej przyrodzonej zabrakło autorowi, by przedstawić sprawę międzynarodowego spisku w sposób bardziej logiczny i zrozumiały. Sili się on na uczone wywody dotyczące fizyki kwantowej, zapadania się białych karłów czy neurobiologii, ale trochę bardziej wyrobiony czytelnik powieści sensacyjnych szybko dostrzeże czarne dziury w konstrukcji fabuły. Lagercrantz pisze nierówno i grzęźnie w plątaninie struktur biur federalnych, zależności korporacyjnych i tajemniczych grup mafii i hakerów. Potrafi stworzyć ciekawą postać autystycznego Augusta, chłopca, wokół którego toczy się akcja powieści, by jednocześnie odebrać mu jakiekolwiek znaczenie dla jej rozwoju. Szczerze mówiąc, trudno powiedzieć, co ma powodować ciekawość czytelnika. Po pierwszym dość widowiskowym morderstwie (około setnej strony) szybko orientujemy się, że morderca nie ma większego znaczenia, a główny Zły pojawia się dopiero pod koniec, by zaraz zniknąć.

Prawdziwą wściekłość wznieca jednak zdewastowanie charakterów wspomnianych głównych postaci – Lisabeth Salander, genialnej programistki i dziewczyny ze skazą, oraz Michaela Blomkvista, dziennikarza z etosem. Zamiast ikonicznych postaci otrzymujemy rozgadaną (sic!) i bezpodstawnie chamowatą pindę o złotym sercu oraz rozlazłego starszego pana w kryzysie.

Powieść Lagercrantza na pewno nas nie zabije, niejednego nawet i zaciekawi, ale raczej nikogo nie wzmocni. Jest, parafrazując ostatnie zdanie powieści, jak przecinająca niebo spadająca gwiazda – kiczowata, niewyraźna i szybko dająca się zapomnieć.

Zobacz także:

Love – reż. Gaspar Noé

Jak mało w kinie potrzeba, by wywołać oburzenie i wzbudzić kontrowersje. W 2015 roku wystarczy pokazać w 3D niesymulowane sceny seksu, penisa w wzwodzie i ejakulację wprost w publiczność, by zostać uznanym za prowokatora i hochsztaplera. Czytaj więcej>>

We Are Your Friends – reż. Max Joseph

Najciekawsze „We Are Your Friends” jest wtedy, kiedy główny bohater tłumaczy, w jaki sposób muzyka działa na organizm człowieka. Czytaj więcej>>

Lucy Rose – „Work It Out”

Tych jaśniejszych punktów na „Work It Out” jest więcej, a co ważniejsze – trudno się od nich uwolnić. I nawet nie chcę za bardzo zastanawiać się dlaczego. Czytaj więcej>>

Dodaj komentarz