CLUB C CHAMPIONS: Zulu Kuki

Łukasz zdecydowanie wymyka się stereotypom. Wszystko zaczęło się od tańca, ale nie powiedziałby, że jest tancerzem. Już w wieku 15 lat dużo tańczyli ze znajomymi na ulicach. Na ulicach, a nie w szkołach, bo bardziej zależało im na tym, żeby tańczyć, niż żeby uczyć się od kogoś ruchów. Ekipy, grupy i nazwy ciągle się zmieniały. Zaczynali od bardzo niszowego stylu tanecznego, który nazywa się C-walk. Nagrywali filmiki, żeby zobaczyć jak to wygląda. Czasem wyglądało lepiej, czasem gorzej niż w ich głowach. Tego stylu nie uczono w żadnej szkole, wszystko się działo w Internecie, na forach tematycznych. Wrzucali filmiki do sieci i zbierali komentarze. 

– Po jakimś czasie zauważyliśmy, że w zależności od tego, w co jesteśmy ubrani, zmieniają się nasze ruchy i styl, który każdy z nas kreował – opowiada. – Jeżeli ktoś tańczy w wąskich dżinsach, wygląda to inaczej, niż kiedy tańczy w luźnych dresach. Wtedy ten ruch jest bardziej płynny. Jeżeli ktoś nosi trampki, które są miękkie, nie może stanąć na palcach, bo but się zgina. Buty koszykarskie pozwalają na to, ale ograniczają inne możliwości.

Kiedy zaczęli ze znajomymi organizować zawody taneczne, ich pokazy musiały być już bardziej dopracowane pod względem stylu. Chodziło o to, żeby zaprezentować się inaczej niż wszyscy. Zaczął wtedy często oddawać swoje ciuchy do krawcowej, żeby przeszyła kieszonki, wszyła dodatkowy kawałek materiału, robił proste nadruki. Chciał wystąpić w czymś, czego nikt inny nie może mieć. I wtedy naturalnie rozwinęło się u niego zainteresowanie streetwearem i chęć tworzenia własnych rzeczy. Do dziś często robi dla siebie jedną parę butów albo jakiś ciuch.

Ma markę modową Social Animalz, ale w sumie nie nazwałby jej marką. 

– Czasem coś wypuszczamy i sprzedajemy, ale raczej myślimy, jak to fajnie pokazać, niż skupiamy się na tym, ile rzeczy sprzedaliśmy w danym miesiącu – tłumaczy Łukasz. – Nie mam poczucia, że to jest biznes. Widzę to tak: jeżeli ktoś ma ochotę, może mieć coś, co jest związane z moimi działaniami. 

Po roku funkcjonowania Social Animalz odstawił na bok działania twórcze i skupił się na edukacji, na tym, żeby dowiedzieć się, jak wygląda produkcja ubrań. Okazja nadarzyła się sama, gdy dostał ofertę pracy w jednej z większych polskich sieciówek. Po półtora roku zrezygnował, bo czuł, że więcej już się tam nie nauczy. Dziś ma już świadomość, czy daną tkaninę da się pociąć w konkretny sposób, albo że nie da się przełożyć super skomplikowanej grafiki komputerowej na ciuch. Ale tworząc projekty, nie szuka inspiracji w branży. 

– Człowiek podświadomie wiele rzeczy przejmuje od innych – tłumaczy Łukasz. – Wydaje mu się, że coś wymyślił, a potem się okazuje, że zapatrzył się na coś nawet dawno temu i to zostało w jego głowie. Nie oglądam się na innych. To powoduje, że mogę tworzyć rzeczy trochę mniej konwencjonalne. 

Własna marka to oczywisty następny krok. Ale Łukasz się nie spieszy. Dziś bardziej interesują go kooperacje. Lubi pracować z ludźmi, zderzać się z drugą stroną. Każdy ma inną historię, każdy pracuje inaczej. Współpraca bardzo rozwija. Czas na własną markę przyjdzie naturalnie, nigdzie mu się nie spieszy.