CLUB C CHAMPIONS: Ten Typ Mes

raper

Z początków swojej fascynacji rapem pamięta dwa momenty.
Pierwszy, kiedy usłyszał płyty Kalibra 44 i Beastie Boys. Jego przyjaciele byli zafascynowani, ale on pomyślał sobie: „Dlaczego oni tak krzyczą?”. Za słabo jeszcze znał angielski, żeby skumać Beastie Boys, w Kalibrze nie dało się usłyszeć słów. Wtedy postanowił, że nawet jeżeli kiedyś zajmie się sztuką, na pewno nie będzie to rap. Ale niedługo potem usłyszał Volta, pierwszą płytę Molesty i zrozumiał, że za pośrednictwem rapu można przekazywać myśli. I te zabawne, i te buntownicze.
– Pomyślałem, że to jest bardzo ciekawa forma wyrazu, stworzona dla ludzi, którzy lubią dużo mówić – tłumaczy Ten Typ Mes, dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich raperów. – A ja lubię dużo mówić.
Sam się nauczył, jak za pomocą programów do robienia bitów tworzyć produkcje, z których potem powstawał singiel, a potem ktoś robił do tego singla klip. Tak to się wszystko się zaczęło – na komputerze, którzy dzisiaj byłby tańszy niż zapałki.

Decyzja, żeby zacząć zajmować się rapem zawodowo, dojrzewała w nim przez jakiś czas.
– Obstawiam, że mogłem ją podjąć któregoś pięknego dnia, kiedy najpierw posłuchałem jakiegoś rapu z Polski, a zaraz potem swojego utworu, jednego z pierwszych dwudziestu pięciu – opowiada. – I okazało się, że nie ma pomiędzy nimi tak diametralnej różnicy jak w przypadku wcześniejszych utworów. Dało się tego słuchać.

Nagrał dziesięć płyt, ale jeżeli go zapytać, co uważa za swój największy sukces, mówi, że nie prowadzi podsumowań. Każdego dnia cieszy go coś innego – na przykład dzisiaj to, że udało mu się znaleźć wolne miejsce parkingowe na ulicy Lwowskiej w godzinach szczytu. A jutro albo za tydzień będzie czuł satysfakcję, że udało mu się poskromić jakiś nowy styl, którego właśnie się uczy. Najpierw słucha, potem nawija po angielsku albo w wymyślonym języku, a dopiero potem próbuje swoich sił po polsku.
– Teraz pracuję nad nowym flow – opowiada. – Jaram się takimi rzeczami ze Stanów, które podobno są nieprzekładalne na polski, jeżeli nie chce się zrobić jakiejś dramatycznej kalki albo superbanalnych rymów. Staram się osiągnąć swobodę w tym flow i tego rodzaju bitach.
Ma studio na Mokotowie i jeżeli chce porządnie nad czymś popracować, spędza tam całe noce – od 22.00 do 4.30. Oczywiście nie codziennie. Nie jest w stanie wrócić z koncertu i pójść jeszcze na godzinę do studia. Woli wtedy odpocząć, zresetować głowę i poświęcić muzyce całą noc za dwa dni. Owszem, to pracochłonne, ale przecież kocha to robić.

Kiedy pytam, czy miał kiedyś kryzys, tak żeby poczuł, że cały ten rap jest bez sensu i trzeba pójść do normalnej pracy, odpowiada:
– Albo wpadnę kiedyś na pomysł, żeby pójść do pracy, w którą się zaangażuję w stu procentach, tak bardzo jak zaangażowałem się w muzykę, albo nie będę robić nic, pogrążę się w kreatywnej depresji i zaszyję się w lesie. Ale zostawić muzykę i robić coś na pół gwizdka, żeby mieć pieniądze? Nie ma mowy.