CLUB C CHAMPIONS: Kendrick Lamar

 

Dobry dzieciak ze złej dzielnicy

 

– Zawsze starałem się stawiać sobie poprzeczkę wysoko, aby stać się tym, kim jestem, niezależnie od tego, czy byłem blisko, czy daleko od celu – mówi Kendrick Lamar, światowej sławy raper i ikona stylu.
A uwierzcie, że miasto Compton w Kalifornii, w którym się urodził, nie wyglądało jak miejsce, w którym łatwo odnosi się sukces. Zwłaszcza w latach 90., kiedy Kendrick był dzieckiem. W Compton trwała wtedy wojna gangów Bloods i Crips, w porachunkach co roku ginęły dziesiątki osób. Policja stawała się coraz bardziej brutalna, a mieszkańcy w popłochu uciekali do innych miast.

Kiedy rodzice Lamara sprowadzili się tu z Chicago w 1984 roku, w kieszeni mieli tylko pięćset dolarów. Niedługo dołączyło do nich liczne rodzeństwo matki, razem z rodzinami.

– Kiedy miałem sześć lat widziałem, jak moi wujkowie bawili się spluwami, sprzedawali towar przed naszym domem – wspomina Lamar w jednym z wywiadów. – Rodzice nigdy nic nie mówili na ten temat, bo sami byli jeszcze młodzi i nie stronili od szaleństw.

Pewnego dnia przez okno zobaczył, jak ktoś zastrzelił pod domem dilera. Już jako bardzo młody chłopak rozumiał, że tak właśnie wygląda świat, w którym żyje. Ale udało mu się odeprzeć pokusę, żeby samemu stać się jego częścią.
Jedna rzecz odróżniała go od chłopaków z sąsiedztwa. Młody Kendrick miał ojca. A ojciec starał się wpoić mu swoje wartości.

– Kiedy przyjdzie co do czego, żaden z tych skurwysynów z ulicy nie będzie się tobą przejmował tak jak rodzice – mówił mu od małego. – Dorośniesz i będziesz zadawał się z chłopakami na ulicy i z dziewczynami, ale kiedy przyjdzie co do czego, będziesz mógł liczyć tylko na nas.
Lamar wspomina też, że ojciec oszukiwał go czasem, kiedy na ulubionym boisku w parku grywali razem w koszykówkę. Wtedy się na niego złościł, ale niedawno zrozumiał, że ojciec po prostu chciał go przygotować na to, że będzie mu się to w życiu przydarzać.

Młody Kendrick buntował się na swój sposób, ale w szkole był raczej cichym, posłusznym chłopcem, który zbierał same piątki. Zdarzało się jednak, że bał się odzywać na lekcjach, chociaż znał dobrą odpowiedź. Ulica w Compton nie wychowuje dzieciaków w wysokim poczuciu własnej wartości. Trzeba wiele w sobie pokonać, żeby je zdobyć.
Najważniejsza była dla niego muzyka, w domu zawsze było jej pełno. Rodzice słuchali Tupaca Shakura, Dr.Dre, ale także Big Daddy Kane’a, Eazy-E, Too Short, E-40, a nawet Marvina Gaye i Isley Brothers. Raperzy imponowali młodemu Kendrickowi znacznie bardziej niż gangsterzy z ulicy.

Oczywiście, miał talent i trochę szczęścia, bo bez tego nie da się osiągnąć sukcesu. Talent objawił się tym, że w wieku zaledwie szesnastu lat wydał swój pierwszy mixtape „Youngest Head Nigga In Charge” pod pseudonimem K. Dot. Muzyka szybko rozniosła się po mieście. Na ulicach i na korytarzach Compton High, szkoły, do której chodził Lamar, szeptano: „Jest taki dzieciak, który nawija jak Jay-Z”. Wtedy poczuł, że to jest to. Szczęście objawiło się tak, że odezwał się do niego Dude Dawg z Top Dawg Entertainment, najważniejszy hip-hopowy producent w okolicy. Dude wrzucił go do studyjnej kabiny i kazał mu fristajlować przez godzinę. Stwierdził, że chłopak ma talent. Niewątpliwie miał rację.

Jego drugi solowy album „Good kid, M.A.A.D City” zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej nawiązywał do dzieciństwa w Compton. Na okładce artysta umieścił swoje zdjęcie jako małego chłopca w towarzystwie dwóch wujków i dziadka, którzy mają oczy zasłonięte czarnymi paskami. Wujek, który go trzyma na kolanach, pokazuje dłonią znak gangu Crips. Płyta osiągnęła status platynowej. Kolejna płyta „To pimp a butterfly” również przyniosła mu platynę, a kawałek „Alright” stał się swoistym hymnem pokolenia i ruchu „Black lives matter”, który walczy z przemocą wobec kolorowej społeczności. Kendrick Lamar w ciągu dwóch ostatnich lat zgarnął aż siedem nagród Grammy, mimo że nie skończył nawet 30 lat. Można powiedzieć, że dotarł na szczyt.

Ale talent i trochę szczęścia nie wystarczą, żeby na ten szczyt dotrzeć. Tak naprawdę liczy się ciężka praca, upór i codzienny, konsekwentny wysiłek. Lamar musiał na swój sukces zapracować, pokonując po drodze wiele barier, obalając stereotypy i nie słuchając tych, którzy twierdzili, że mu się nie uda.

– Prawdziwym zwycięzcą jest każdy, kto upada, a potem się podnosi i znów podejmuje próbę, nie zważając na to, co mówią pesymiści i ludzie wokoło – wyznaje raper. – Jest nim każdy, kto na każdym kroku daje z siebie wszystko.
Teraz pewnie gdzieś w Compton mieszka jakiś dobry dzieciak, który ma w szkole same piątki, a po lekcjach słucha Kendricka Lamara i nawet nie ośmiela się marzyć, że któregoś dnia będzie taki jak on. Ale przecież to jest możliwe.
– Wszyscy gloryfikują osobę, której udało się wejść na szczyt, ale rzecz w tym, żeby samemu włożyć wysiłek i zechcieć się na ten szczyt wspiąć – tak Kendrick ujmuje sedno swojej drogi do sukcesu.
I chyba warto mu uwierzyć.

– Zawsze czułem, że aby osiągnąć sukces na odpowiednim poziomie, trzeba umieć wywierać na sobie presję, a te buty są tego wyrazem – mówi Kendrick Lamar.
Chodzi o męskie sneakery Club C 85 Tonal Gum. Mają elegancką, opływową formę, która doskonale sprawdzi się zarówno na korcie, jak i poza nim. Lamar stoi na tle zdjęć kortu przed swoim liceum w Compton, gdzie sporo czasu spędzał, kiedy rozpoczynał swoją karierę.
– Club C to jedne z moich ulubionych sneakerów. Czyste, nierzucające się w oczy buty o ponadczasowym designie. Bardzo ważne dla mnie jest to, co oznaczają sneakery. To wierność swoim korzeniom: kim jesteś, skąd pochodzisz. Bycie autentycznym – wyjaśnia Lamar.