CLUB C CHAMPIONS: Alek Morawski

ilustrator

Kiedy pytam o jego początki, opowiada anegdotę. W gimnazjum rysował głupkowate komiksy o innych uczniach czy nauczycielach, za które później dostawał uwagi do dzienniczka albo w mordę. Wcale nie rysował najlepiej w klasie – najlepsi byli kolega Maciek i koleżanka Magda (rysowała heavy metalowe postacie fantasy, wilki i zbroje). Mniej więcej w tym czasie ukazała się nominowana do Oscara „Katedra” Tomasza Bagińskiego i na fali jej popularności zaczął się uczyć grafiki 3D. Wkuwał poradniki i pisemka z tutorialami, zarejestrował się na forum dla specjalistów, ale wszyscy wyśmiewali jego prace. Na stronie był też mały oddział dla grafików 2D. Wstawił tam jedną pracę zrobioną w Photoshopie.

– Natychmiast zgarnęła falę negatywnych komentarzy – wspomina Alek. – Ale pojawił się jeden pozytywny od Rafała Wojtunika, głównego concept artysty do filmów Bagińskiego. Pomyślałem sobie, że taki guru rysunku nie może się co do mnie mylić.

Więc dalej spamował fora swoimi pracami. Po latach odszukał ten rysunek na forum i zdał sobie sprawę, że komentarz Wojtunika był w stu procentach ironiczny.

Wśród polskich ilustratorów jest wielu wybitnych samouków, ale on do nich nie należy. Skończył California College of the Arts w Oakland.

– Myślę, że edukacja nie jest konieczna, ale pomaga w szybszym rozwoju, zauważeniu swoich błędów czy odnalezieniu nowych kierunków – tłumaczy. – W szkole trafiłem na świetnych profesorów, którzy popchnęli mnie do działania i zainspirowali do pracy nad sobą. Po liceum, w którym byłem raczej średnim uczniem, było dla mnie dziwnym doznaniem cieszyć się szkołą, entuzjastycznie oddawać prace domowe i zawalać życie towarzyskie na rzecz nauki. 

Mimo że studiował w USA, na swoje miejsce pracy wybrał Polskę. Miał już tutaj trochę osiągnięć, zrobił parę okładek do polskich płyt rapowych. W Stanach miewał wystawy, ale mimo to nie przychodziły do niego maile od potencjalnych klientów czy promotorów. 

– W sklepie z przyborami plastycznymi przy mojej szkole pracował znakomity ilustrator, który skończył mój kierunek pięć lat wcześniej – wspomina Alek. – Wciąż nie mógł osiągnąć stabilizacji finansowej i płynności zleceń, mimo że miał już realizacje dla dużych amerykańskich wydawnictw i tony nagród. Prawda jest taka, że w Stanach konkurencja jest olbrzymia. Napływają tam talenty z całego świata, poziom jest bardzo wysoki. Myślę, że jeśli mam zrobić tam karierę, łatwiej będzie mi to zrobić po wybiciu się w Polsce.

Dziś za swój największy sukces uważa to, że po latach prób i błędów, wreszcie może żyć z samej ilustracji, bez konieczności przyjmowania nierysunkowych zleceń. – Odpukać. – Dodaje.

Nie kryje, że kryzysy są wpisane w ten zawód i zdarzały się miesiące bez żadnego zlecenia, firmy, które nie chciały wypłacać pieniędzy czy klienci, którzy nie mieli szacunku do tego, co robi.

– Jednak kiedy już zrobię coś naprawdę fajnego i jestem zadowolony z efektu końcowego, to zapominam o wszystkich kryzysach – tłumaczy.

Gdyby miał doradzić początkującym ilustratorom, powiedziałby: „Ładujcie dużo czasu w promocję siebie”. Niektórzy klienci zwracają na to większą uwagę niż na jakość samych prac. Wiadomo, że styl i umiejętności są najważniejsze, ale potrzeba też własnego patentu. Dlatego warto pokazywać się gdzie się da, bez skrupułów wysyłać setki maili do wydawnictw, agencji, wytwórni. Przejść się do knajpy pod blokiem i zaproponować wystawę swoich prac. Dobrze jest próbować nietypowych rozwiązań póki temat jest jeszcze świeży.

fot. Bart Pogoda