Climax (recenzja)

Na canneńskim plakacie najnowszego dzieła Gaspara Noégo widniało hasło: „Gardziłeś »Samym przeciw wszystkim«, nienawidziłeś »Nieodwracalne«, brzydziłeś się »Wkraczając w pustkę« i kląłeś na »Love«. Teraz spróbuj »Climaxu«”. Pomimo tej przewrotnej zapowiedzi, »Climax« to jeden z najlepiej przyjętych filmów kontrowersyjnego twórcy, nagrodzonego za dokonania artystyczne w sekcji Directors’ Fortnight na tegorocznym festiwalu w Cannes. Jest niczym narkotykowy bad trip, który udziela się widzowi dzięki doskonałym rozwiązaniom formalnym. Fabułę reżyser traktuje kompletnie pretekstowo. Oto grupa tancerzy ćwiczących najnowszy układ w posiadłości w górach urządza pod koniec pobytu mocno zakrapianą imprezę. Traf chce, że poncz, który piją, jest wzmocniony podwójnie, więc uczestnicy zaczynają kolejno wariować i tracić kontakt z rzeczywistością.

Pracujący we Francji Argentyńczyk świetnie bawi się z widzem, na najdziwniejsze sposoby ukazując kolejne kręgi piekieł, widziane oczami odurzonych młodych ludzi. „Climax” niesie przede wszystkim warstwa muzyczno-wizualna, dzięki której trafiamy w sam środek wydarzeń. Najważniejsza jest tu przemyślana, różnorodna praca kamery. Początkowo obiektyw chłodnym okiem zewnętrznego obserwatora patrzy na wybryki bohaterów, przyjmując perspektywę „jedynego trzeźwego na imprezie”. Z biegiem czasu ustawienia kamery stają tak nietypowe, że zastanawiamy się, co właściwie widzimy na ekranie. Wszystko to sprawia, że seans „Climaxu” to nie tylko wierne odzwierciedlenie narkotykowej złej fazy, lecz także kinowe doznanie, które trzeba przeżyć samemu. Idealny film do obejrzenia w piątek przed imprezą.

Tekst: Michał Kaczoń

„Climax”
reż. Gaspar Noé
obsada: Sofia Boutella, Romain Guillermic, Souheila Yacoub
Francja 2018, 90 min
Gutek Film, 19 października