Bonobo – Migration

Nie ma wątpliwości, że najnowszy album Simona Greena to jego najsłabsze dzieło pod aliasem Bonobo. Brytyjski producent, będący podporą wytwórni Ninja Tune, od początku XXI wieku umacniał swoją pozycję klasycznymi downtempowymi płytami – „Animal Magic” oraz „Dial ‚M’ for Monkey”. Później Bonobo zaczerpnął światowego powietrza i nagrał dwa bliźniaczo podobne krążki „Black Sands” – i chyba najbardziej znany – „The North Borders”. Cała lista wartych uwagi gości (Erykah Badu, Andreya Triana czy Fink) i przystępniejsze melodie sprawiły, że zyskał sporą rzeszę fanów. Greenowi zaraz stuknie czterdziestka i w związku z osiągnięciem dojrzałości, artysta postanowił nagrać płytę opierającą się na oklepanych patentach.

„Migration” to longplay pozbawiony wszystkich składników, które sprawiały, że albumów Bonobo słuchało się z przyjemnością. Nie znalazłem tutaj porywających melodii (jak chociażby na „We Could Forever” na „Black Sands” z ultramelodyjnym samplem Gabora Szabo), nie ma utworów robiących wrażenie pod względem kompozycyjnym, nie ma też świeżości. Co więcej, nie jest to nawet powielanie zagrywek słyszanych na „The North Borders” – to raczej odrzuty, które powinny znaleźć się w koszu, a nie na oficjalnym wydawnictwie.

Tego albumu nie ratuje nawet lista pozornie ciekawych ficzuringów. Milosh z Rhye głos ma wspaniały, ale „Break Apart” to najnudniejszy utwór świata, żadne tam melancholijne piękno. Przez grzeczność nie będę się rozwodził nad przydługim trackiem „No Reason”, bo wokalny onanizm Nicka Murphy’ego (fka Chet Faker) to po prostu festiwal nadekspresji. „Bambro Koyo Ganda”, gdzie zamerykanizowane afrykańskie rytmy uskutecznia grupa Innov Gnawa to zmarnowany potencjał. Moda na brzmienia z Czarnego Lądu jest spoko i ma moje poparcie, jednak musi iść za nią odpowiedni warsztat, a nie jedynie chęć wplecenia do swojej twórczości charakterystycznych melodii.

Żeby jednak wpuścić trochę światła do ciemnej jaskini, muszę wyróżnić dwie kompozycje, które aspirują do bycia więcej niż poprawnymi i gdyby Green bardziej się postarał, mielibyśmy jakościową różnicę. Mam na myśli „Ontario”, gdzie słychać ducha pierwszych dwóch albumów oraz singlowy numer „Kerala”, czyli kompletnie niezaskakujący, ale przyjemnie melodyjny track.

Bonobo musi znaleźć nową formułę, bo obecna nie zdała ważnego egzaminu. Brytyjski muzyk zapędził się w kozi róg, z którego ciężko będzie mu się wydostać. Budowanie otoczki, w myśl której „Migration” to płyta drogi, zbierająca inspiracje z całego świata i będąca pewnego rodzaju dziennikiem to marketingowa bujda. Nie dajcie się zwieść i jeśli macie ochotę na twórczość Bonobo, to wróćcie sentymentalnie do początków jego kariery – w tym przypadku to najlepsza możliwa opcja.