Bolesna lekcja historii. „Sweet Country” – recenzja

W jednym z wywiadów wcielający się tu w rolę pastora aktor Sam Neill przekonywał, że świat powinien poznać bolesną historię Australii. W przypadku takich filmów zawsze istnieje jednak ryzyko, że będą one zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla widzów z innych krajów. „Sweet Country” z pewnością do tej grupy nie należy. Reżyser Warwick Thornton uniknął czyhających na niego pułapek. Wykorzystując westernowy sztafaż, stworzył pełnokrwisty obraz skomplikowanej relacji pomiędzy białymi kolonizatorami a Aborygenami na australijskich bezdrożach w latach 20. XX w.

Jest to historia czarnoskórego mężczyzny imieniem Sam (znakomita rola naturszczyka Hamiltona Morrisa), który pracuje dla przybyłych do jego ojczyzny osadników. Niektórzy z nich, wyraźnie nadużywając swojej władzy, traktują go jak człowieka niższej kategorii. Dochodzi do coraz częstszych spięć, a gdy konflikt wymknie się spod kontroli, Sam w obronie własnej zabije białego mężczyznę. Natychmiast zdaje sobie sprawę, że nie może liczyć na sprawiedliwość, i wraz z żoną decyduje się na ucieczkę. Za nimi rzecz jasna rusza pościg (w roli sierżanta zobaczymy legendę australijskiego kina Bryana Browna, pamiętnego Douga z „Koktajlu” z Tomem Cruise’em). 

Dawno nie widziałem filmu, w którym tak ważną rolę odgrywałby krajobraz, kapitalnie sfotografowany przez Thorntona i jego syna Dylana Rivera. Z jednej strony spektakularny i urzekający, a z drugiej bezlitosny i wrogi, obezwładniający bohaterów, których ucieczka zdaje się z góry skazana na porażkę. „Sweet Country” to niełatwa lekcja, z której powinno się wyciągnąć wnioski, by historia nie zatoczyła koła. I paradoksalnie nie chodzi tu tylko o Australię. 

Tekst: Kuba Armata

obsada: Hamilton Morris, Sam Neill, Bryan Brown Australia 2017, 110 min Aurora Films, 15 czerwca

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *