Bliska rzecz. Wywiad z tęskno

fot: Karolina Konieczna

tęskno – projekt Joanny Longić i Hani Rani, realizowany przy akompaniamencie kwintetu smyczkowego to „czuła muzyka na nieczułe czasy”, klasyczne brzmienie z elektronicznym sercem. Po drugim ciepło przyjętym przez publiczność sezonie koncertowym (Enea Spring Break, Open’er, Transatlantyk), czas na debiutancką płytę. Krążek zatytułowany „mi” ukaże się 9 listopada. Z Joanną – wokalistką i autorką tekstów i Hanią – kompozytorką i pianistką, której na „mi” z powodzeniem zdarza się również śpiewać, spotykamy się kilka dni przed jego premierą.

 

W wielu wywiadach mówiłyście, że tęskno wam do prawdziwych emocji, do szczerości w muzyce. Więc niech będzie szczerze. O czym jest „mi”?

J: Dla mnie to podsumowanie naszych dwóch ostatnich lat. Jest o ważnych rzeczach, które przeżyłyśmy w tym czasie.

Bardzo osobista rzecz, bardzo „wasza”?

H: Tak, chociaż wolimy myśleć, że nie o nas tu chodzi, że to jednak coś wykraczającego poza nas same.

Mam wrażenie, że część tekstów „mi” została napisana szyfrem. Mimo kilkukrotnego przesłuchania, niektórych po prostu nie rozumiem. Inne za to od pierwszego usłyszenia chwyciły mnie za serce.

J: Te utwory były pisane z myślą o tym, że każdy będzie je rozumiał inaczej. Nie każda piosenka musi być dla odbiorcy tak samo bliska. Może to lepiej, że nie jest? A może z czasem to się zmieni?

A to nie tak, że nie rozumiem, bo były pisane z myślą o konkretnych osobach, i że tylko one zrozumieją?

J: Może… (śmiech). Chociaż te osoby bardzo często nie wiedzą, że to jest o nich. Ale ta rozmowa zeszła na dziwne tory.

H: Śmieję się, bo niektóre piosenki rzeczywiście są enigmatyczne. I jeszcze te tytuły!

 

„Łeb”, „Mięsień”, „Galop”, „Lawina”, „Uszy”. Krótkie, mocne, jednowyrazowe. Tylko dwa z dwunastu utworów „mi” nazwałyście więcej niż jednym słowem: „Z chaosu” i „Układ sił”…

H: „Układ sił” roboczo nazywałyśmy „Rap”. Pisząc ten utwór i wyobrażając sobie sposób śpiewania miałam w głowie swego rodzaju melorecytację, czyli takie trochę rapowanie. Dużo tu z hip-hopowych klimatów, ale raczej takich z lat 90, z ciężkim basem i hipnotycznym rytmem. Pewnie z zewnątrz trudno się tego dopatrzeć, ale tak właśnie rodził się „Układ sił”.

Słuchacie rapu?

H: Słuchamy bardzo różnej muzyki.

J: Lubimy Paktofonikę, jest na naszych listach.

H: Taco Hemingway, powiedzmy to głośno (śmiech)

Jakieś jeszcze zaskakujące inspiracje?

J: To pewnie nie będzie bardzo zaskakujące – uwielbiam polskich wokalistów jazzowych, czy to będzie Aga Zaryan, Anna Maria Jopek czy Monika Borzym, która zresztą jest moją koleżanką z gimnazjum (śmiech). Oczywiście myślę, że to akurat jest słyszalne i można się domyślić, że Grechuta też się znajdzie na naszej liście. I Grzegorz Turnau…

H: I Artur Rojek! Bardzo cenię Artura Rojka, to można grubszym drukiem podkreślić.

J: Z tych bardziej zaskakujących rzeczy, jakiś czas temu zorientowałyśmy się, że „Mięsień” w aranżacji granej przez nas na koncertach kończy się rytmem inspirowanym muzyką afrykańską. Nawet wrzuciłyśmy na naszego Facebooka możliwą inspirację, ale mało kto zwrócił na to uwagę.

Obie dużo podróżowałyście i mieszkałyście w krajach na całym świecie…

H: Dziś obie mieszkamy w Warszawie, ale mamy w swojej historii wiele innych miast i może dlatego też tak dobrze się rozumiemy. Nasze wyjazdy zwykle wiążą się z pracą lub edukacją więc to też jest całkiem inny wymiar podróżowania – dużo większa szansa na poznanie lokalnej społeczności, zwykłego życia, dowiedzenie się, jak ludzie patrzą na różne rzeczy, jak je nazywają. Wydaje mi się, że i dla mnie i dla Asi bardzo ważne jest, by móc funkcjonować w różnych miejscach i móc sobie to życie w tych różnych miejscach smakować. I być może jest coś w tym, że lubię wyjeżdżać, bo lubię wracać, a lubię wracać, bo wiem że wyjadę.

To trochę uciekanie?

H: Może w jakimś sensie. Ale też po prostu świadomość tego, że ta zmienność pozwala nam docenić małe rzeczy. Na tej płycie sporo jest przyglądania się takim subtelnościom. Na przykład w „Zwyczajnej”. Bardzo lubię tekst tej piosenki – jest o tym, że czasem patrzymy nie tam gdzie trzeba, nie zauważając wielu istotnych rzeczy. To też może nawiązywać do podróży i do tego, co z nich wyciągamy. Tak naprawdę nie chodzi o to, by podróżować daleko. Można przejechać się godzinę od Warszawy i odnaleźć tam cały nowy mikrokosmos. Wydaje mi się, że to jest jakaś ciekawość, chęć dogłębnego zbadania tego, co dookoła nas.

Najważniejsze miejsca?

J: Na całym świecie? Dla mnie takim miejscem jest RPA. Kilka lat temu byłam na wolontariacie w Kapsztadzie, wracałam tam później jeszcze dwa razy ale na krótko. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale po prostu muszę tam wrócić na dłużej. To jest coś, co się czuje w powietrzu.

H: Ja chyba nie mam jednego takiego miejsca. Chociaż – często wracam w Bieszczady. Mają coraz więcej zwolenników, sporo ludzi tam się przenosi – często artystów i dziwaków. Jednak ciągle jeszcze są odludne. Jadąc tam, szukam odosobnienia, wsłuchania, wpatrzenia. Zresztą chyba to, że skupiają dziwaków, też mnie przyciąga. Lubię dziwaków, nie da się ukryć.

Bieszczady też są w „mi”?

J: W „Uszach” znalazły się nagrania terenowe z Bieszczad, od naszej pani akustyk, Agaty Dankowskiej.

H: I mucha, mucha bieszczadzka! Na końcu „Uszu” przelatuje z prawej do lewej – prawdziwa, bieszczadzka mucha.

fot: Karolina Konieczna

W górach nagrałyście zresztą całą płytę, prawda?

H: Tak, ale po drugiej stronie Polski, w Kotlinie Kłodzkiej. „Monochrom”, studio, w którym nagrałyśmy „mi”, znajduje się na końcu świata – do tego stopnia, że zamiast adresu ma współrzędne geograficzne, bo po nich łatwiej je odnaleźć.

W wielu wywiadach mówicie, że jesteście dziwne. Jak to rozumieć?

J: Myślę, że my się trochę przechwalamy tym, że jesteśmy takie dziwne i wyjątkowe – bo to słowo „dziwne” rozumiemy jako „inne”, mające coś innego do zaproponowania, nie idące za trendami, które są wokół.

H: Ostatnio ktoś stwierdził, że jesteśmy staroświeckie.

Reakcje na wasze utwory są bardzo pozytywne, czujecie się chyba jednak rozumiane w tej dziwności?

J: Czujemy się bardzo docenione, lekko zaskoczone, zobaczymy jak będzie dalej, ale tak – dobrze to idzie.

Które utwory z „mi” są dla was najważniejsze?

J: Na początku kochałam utwór „Zwyczajna”, teraz go nie znoszę. (śmiech) Mam nadzieję, że to minie i znów go pokocham. Dziś powiedziałabym: „Z chaosu”. Myśląc o tej płycie bałyśmy się banału – nie chciałyśmy mówić o miłości między dwojgiem osób, skupiać się na romantycznej stronie tej relacji. Ale właśnie „Z chaosu” jest taką najbardziej intymną piosenką o miłości, w tym także o jej wymiarze fizycznym, o największym możliwym zbliżeniu między dwojgiem ludzi. Na mnie ten utwór ciągle robi wrażenie, uwielbiam go wykonywać. Nie jest prosty, ale przez to chyba lubię go jeszcze bardziej.

H: Dla mnie niezmiennie „Układ sił”, bo ja bardzo lubię smutną muzykę (śmiech). Ten utwór robi we mnie największe spustoszenie emocjonalne.

„Układ sił” jako jeden z niewielu waszych klipów nie został poddany glitchartowej przeróbce, to znaczy wszystko na nim wyraźnie widać. W „Galopie” i „Mięśniu” w pewnych momentach obraz zaczyna się „psuć”, pikselować, rozmazywać, tak jakby został nieprawidłowo nagrany. Chwilami wraca, potem znów się „sypie”. „Kombinacje”, podobnie jak „Układ sił” nagrane na waszej próbie w pracowni Jazdów, „popsute” są od samego początku i to w takim stopniu, że trudno dopatrzyć się tam czegokolwiek sprzed przeróbki, obraz stał się tu zupełnie abstrakcyjny. Równie tajemnicze, choć z innych względów, wydają się zdjęcia, którymi promujecie projekt. Trochę to wygląda na próbę ukrycia się, takie – cytując zresztą tekst jednego z waszych utworów – „jestem, a trochę mnie nie ma”. Czy to rzeczywiście jest coś takiego, taka próba ochrony swojej intymności, wrażliwości, którą jednocześnie ujawniacie, ale też chcecie zamaskować?

H: Nie o to nam chodziło, choć rzeczywiście tak to może wyglądać. Glitche wydawały nam się ciekawym zabiegiem odczarowującym obraz nas samych, nasz perfekcjonizm. Ludzie często mówią, że wszystko mamy takie przemyślane, wyprasowane, idealne. Glitche to jakaś forma błędu – w tym przypadku błędu obrazu – i to nam się spodobało.

J: Te błędy pozwalają nie skupiać się na twarzach, kolorach szminki czy innych szczegółach których nie uważamy za istotne.

A zdjęcia?

H: Nasza fotografka, Karolina Konieczny, jest z zawodu architektką – myślę, że także przez ten fakt, jej zdjęcia są jedyne w swoim rodzaju. Karolina układa nas w różnych przestrzeniach jak kolejne elementy, formy geometryczne. Takie podejście wydało nam się ciekawe. Na jednym ze zdjęć leżymy na posadzce w biało-czarne romby w niedostępnym dla zwiedzających zakątku Pałacu Kultury. W takiej pozie zastał nas pan, który pilnuje, żeby nikt nie wchodził tam, gdzie nie powinien. Nie miałyśmy pozwolenia, Karolina odpowiedziała, że tylko zwiedzamy. Wstałyśmy i z zastygłymi twarzami, nie okazując żadnych emocji wyszłyśmy. Najnowsze zdjęcia, które będzie można znaleźć w książeczce dołączonej do płyty, robiłyśmy z kolei nad Wisłą i w blokowiskach na Pradze-Południe. Okładkowe zdjęcie powstało nad zalewem Zegrzyńskim, a w zasadzie w nim, bo stoimy po pas w wodzie.

Ciekawą scenerią jest także wnętrze opuszczonego basenu, w którym rozgrywa się akcja waszego króciutkiego, ale bardzo wysmakowanego klipu…

H: To pierwszy film z cyklu, który nazwałyśmy „małe tęsknoty”. Nakręciliśmy go już  bardzo dawno temu, swojej premiery doczekał się dopiero rok po zakończonych zdjęciach. Jak się okazuje nawet minutowe video wymaga sporo pracy. Każdy film z cyklu ma pokazywać inny rodzaj  tęsknoty. Za czym nam tęskno? Jak się okazuje to tak naprawdę bardzo proste rzeczy i często odpowiedzi się powtarzają. Za dzieciństwem, miłością, ciepłem, wolnością. Albo tak jak tu – za miejscami, których już nie ma, za rzeczami, do których się przyzwyczajamy, a które niestety na przestrzeni lat przestały istnieć. Nasz pływak, którego gra osiadły w Polsce Japończyk, Hiroaki Murakami, idzie na opustoszały basen, wspominając dobre czasy. Film nagrywaliśmy w grudniu, na terenie nieużywanego od lat basenu w Ostrołęce, z którego udało się nam skorzystać dzięki uprzejmości urzędu miasta.

Kiedy kolejny film z cyklu?

H: Mamy nadzieję, że wkrótce.

Zdradzicie coś?

J: Ale nie za dużo… Rzecz dzieje się w przychodni, i pojawia się więcej bohaterów. I to może tyle. 

H: Drugi film jest o tęsknocie za bliskością.

W jednym z wywiadów powiedziałyście, że przeżyłyście razem wiele i przez to dogrywacie się emocjonalnie. Co miałyście na myśli?

H: Przede wszystkim przeżyłyśmy razem wiele momentów związanych z tak zwanym życiem zawodowym, również tych przykrych. W takich sytuacjach buduje się inny rodzaj relacji pomiędzy ludźmi – wychodzi cała prawda o człowieku.  Zresztą myślę, że jakakolwiek próba robienia muzyki z kimkolwiek to już jest pewna zgoda na relację. Oprócz miłości, przyjaźni – to jest chyba taka najmocniejsza więź, twórcza więź.

fot: Karolina Konieczna

A jak wyglądają wasze relacje z innymi członkami zespołu?

J: W kwintecie skład często się zmienia, bo trudno zebrać naraz tyle osób, ale mamy to szczęście, że jakoś zawsze dobrze się rozumiemy. Kiedy gramy razem jesteśmy uważni i wspólnie staramy się tą naszą czułość wyrazić.

Czym jest dla was samotność? Czujecie się czasem samotne?

J: Ja już dawno nie czułam się samotna i właśnie sobie zdałam sprawę z tego, jakie to jest szczęście. Że nawet jak jestem sama gdzieś i wybieram, żeby być sama przez dłuższy czas to nie czuję samotności. Jestem na granicy wzruszenia. Nie wiem z czego to się bierze – może z tego, że sama się ze sobą dobrze czuję i jakoś jestem pogodzona i ze swoimi wadami i zaletami…

H: Ja chyba mam w ogóle bardzo duże w sobie poczucie samotności, bo od dzieciństwa dużo przebywałam sama, ze względu na instrument. Studiowanie fortepianu polega głównie na siedzeniu po kilka godzin dziennie sam na sam z fortepianem. Nie wiem, czy to jest samotność, bo samotność ma trochę negatywny wydźwięk, ale na pewno jest to jakimś samotnictwem, albo czymś co czyni człowieka… może nie odludkiem, ale na pewno ma gigantyczny wpływ na jego osobowość. Szybko muzyka stała się mimowolnie moim najbliższym przyjacielem, powiernikiem sekretów, ale też najwygodniejszą formą wypowiedzi. Ciężko jest mi przez to może porozumieć się słowami, Asia z tym sobie znacznie lepiej radzi. Dla mnie słowa zawsze wydają się w jakiś sposób przeinaczające to, co mam na myśli. Tymczasem muzyka niesie w sobie o wiele więcej, niż to co jestem w stanie określić słowami. Komunikacja jest bardziej bezpośrednia, dotyka punktów w drugim człowieku, które są bardzo pierwotne. To mnie w muzyce nieustannie fascynuje.

Na tę płytę zbierałyście środki przez crowdfunding. Jak to wspominacie?

J: Obawy były wielkie, i też było trochę wstyd prosić o wsparcie, ale się odważyłyśmy i udało się, i to z nadwyżką, dzięki czemu mogłyśmy być chwilę dłużej w studiu. Całe szczęście – inaczej byśmy nie zdążyły wszystkiego nagrać. Więc poszło to świetnie, ale prawda jest też taka, że dużo w to włożyłyśmy zaangażowania ze swojej strony. Specjalnie wtedy grałyśmy koncerty, żeby ludziom powiedzieć o zbiórce, udzielałyśmy wywiadów. Robiłyśmy, co mogłyśmy, żeby się udało – więc z naszej strony też tu był wysiłek, ale oczywiście przede wszystkim wsparcie wspaniałych ludzi i jesteśmy za to ogromnie wdzięczne, bo bez nich nic.

Czego jeszcze spodziewać się po was wkrótce?

H: Zdecydowałyśmy się wystąpić w naszym najnowszym teledysku, który ukaże się już 8 listopada. Tym razem się nie ukrywamy – widać nasze twarze i inne części ciała (śmiech).

J: Pod koniec listopada ruszamy w pięciodniową trasę z islandzkim artystą, Högnim. To jest tak pomyślane, że my gramy z kwintetem, a trzech muzyków od nas jeszcze zostanie na scenie i zagra z Högnim w trio. Zapowiada się bardzo ciekawie. Poza tym jeszcze czeka nas kilka koncertów w grudniu – nie wszystkie możemy ogłosić, ale na pewno w planach mamy Łódź, Lublin i Kraków.

Rozmawiała: Oktawia Kromer