Ania Konieczyńska – Pochwała brzydoty

Brwi jak skrzydła gołębicy, usta pociągnięte Lip Kit Kylie, policzki wykonturowane bronzerem i laserem. Twarze androginicznych androidów przypuszczają atak klonów z ekranu smartfona. Dominująca na Instagramie plastikowa, a w każdym razie tak-śliczna-że-chce-się-wyć estetyka, powoli ustępuje pola zdjęciom brzydkim w swojej naturalności i naturalnym w swojej brzydocie. Kadry najmłodszych gwiazd Instagrama wyglądają, jakby ktoś wytarł obiektyw iPhone’a we flanelową koszulę, w której Kurt Cobain przeimprezował weekend.

Bliźniaczki Simi i Haze (@simihaze) z Los Angeles mają te usta, co trzeba, i tych znajomych, co wypada – siostry Jenner i Hadid, ale zawsze wyglądają, jakby były na lekkim haju, kadry, które wrzucają do sieci, są cięte, jakby za aparat chwycił pijany wujek, a scenografia bywa brudna jak berliński bruk. Modelki, traktujące Instagram jak portfolio, też znudziły się cukierkowymi fotkami z katalogu Victoria’s Secret. Binx Walton krytykuje Trumpa, liże sutek koleżanki i nosi białe skarpety. Ali Michael robi selfie w lotniskowych toaletach, na tle pożółkłej trawy albo brudnego lustra. Cara Delevingne pali cygara, robi głupie miny do psa i śpi w samolocie. Wnętrza wyglądają jak pokoje z hoteli na polskiej prowincji, flesze odbijają się w szybach, a kadry przypominają zdjęcia klasowe z końca lat 90., na których każdy wyglądał najgorzej. Jeszcze brudniej jest na Snapchacie – w mrocznych klubach, żeby cokolwiek zobaczyć, trzeba by mieć noktowizor, w łóżkach przewalają się chłopcy, dziewczęta, ubrania i pościel, a jedyny makijaż, na jaki się wysilą, to automatyczny filtr z króliczkiem albo pieskiem.

Cóż, do tej pory normalsi próbowali upodobnić się do gwiazd, nakładając tapetę, pożyczając ciuchy i radząc się „specjalistów od wizerunku”. Teraz to gwiazdy chcą wyglądać jak normalne dziewczyny, których zdjęcia wcale nie wyglądają jak wycinek kampanii reklamowej samych siebie. Trashowymi artystami życia inspirują się ci, którzy zarabiają na tym, że są fajni.

Kylie Jenner, która na każdym poście docierającym do 90 milionów fanów zarabia 300 tysięcy dolarów, stara się być prawdziwa, robiąc selfie z żabiej perspektywy, jak blachara przy aucie albo w kucki pod drzwiami łazienki. W WC pozuje też Selena Gomez, ma także fotki z wielką tłustą pizzą, na wózku w supermarkecie albo z szampanem w windzie. Opłaca się.

Selena to rekordzistka – zebrała bazę 115 milionów fanów, a osiem jej zdjęć znalazło się na liście najchętniej lajkowanych w 2016 r. Oburzenie wykreowaną „autentycznością” jednak na nic się nie zda. Umówmy się – zdjęcia straciły walor spontaniczności w momencie, kiedy ułożenie kompozycji z ray-banów, maca i kawy zaczęło zajmować 40 minut, a wybór miejsca, w którym w ogóle tę kawę warto wypić, bo dobrze prezentuje się na fotkach, kolejne pół godziny. Ale kadrami myślimy – o sobie i o świecie – właściwie od powstania fotografii. Susan Sontag już w 1977 r. pisała, że coraz więcej wysiłków podejmujemy tylko po to, żeby mieć co uwiecznić. Niedługo później ulegliśmy wrażeniu, że fotografować każdy może. Małpką, cyfrówką, potem smartfonem, a teraz znów Instaxem, którego największą zaletą jest nieprzewidywalność efektu.

Amatorszczyzna, dyletanctwo i prowizorka mają być odtrutką na obsesyjne kreowanie wizerunku. Teraz mamy pokazywać się bez kompleksów, bez kłamstw, bez sekretów. Znów wolno być brzydkim, wulgarnym, źle wychowanym. Jak w latach 90., które nowi idole pamiętają tylko z VHS-ów z komunii, teledysku do „Smells Like Teen Spirit” i archiwalnych numerów „i-D”.

Ania Konieczyńska – dziennikarka ze słabością do mody. Pracowała m.in. w „Elle”, „Gali” i „Vivie!”. Jedna druga agencji kreatywnej ThinkFashion.pl, połowa duetu serialowego Qkmal. Lubi pisać, pracować, plotkować.