Agnieszka Kulesza: Minimania

Foto: Łukasz Pik

Musi być przede wszystkim wygodnie – słyszę, gdy pytam o roboczy dress code Agnieszkę Kuleszę, jedną z najzdolniejszych polskich fotografek. Gdy na ostatnią sesję zdjęciową założyła spodnie rurki i oversize’owy sweter, Łukasz, prywatnie jej partner, z którym współtworzy także zawodowy duet Kulesza & Pik, śmiał się, że wygląda jak Buka z „Muminków”.

W szafie Agnieszki dominują minimalizm i czerń. – Nie lubię świecić ciuchami – mówi i jednocześnie przyznaje się do „swetrowej manii”. Ulubione to te od Isabel Marant, ale drogie metki nie są dla Kuleszy priorytetem – woli inwestować w sprzęt fotograficzny. Perełek szuka w vintage shopach, ale stawia też na polskich projektantów. Nosi luźne sukienki od Ani Kuczyńskiej, wełniane kapelusze z Paris + Hendzel, ręcznie robione torebki z Mako i delikatną złotą biżuterię od Rosy.

Ma też sporą kolekcję butów (m.in. 40 par adidasów), a całkiem niedawno zaprzyjaźniła się z kowbojkami, które przypominają o jej rockowej przeszłości. – W liceum trzymałam się z muzykami. Chciałam być jak Annie Leibovitz, która jeździła z zespołami w trasy koncertowe i robiła im zdjęcia – wspomina. Z nastoletnich czasów wspomina też fascynacje wszystkimi możliwymi subkulturami. Była nie tylko rockmanką w ramonesce, ale też Pocahontas z rzemykami i emo w kraciastych trampkach. Przeżyła też fazę na dzwony z prawdopodobnie najszerszymi nogawkami na świecie.

Aga po maturze nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Zdecydowała się na szkołę projektowania ubioru w Toruniu. Wytrzymała parę miesięcy. Po tym, jak dostała do wycięcia frak, poddała się, spakowała i wróciła do rodzinnego Olsztyna, gdzie otworzyła lumpeks. – Ubierali się u mnie wszyscy znajomi, ale trafiali tu też ludzie z ulicy – mówi. Kulesza sama selekcjonowała i wyceniała towar, a co tydzień organizowała wyprzedaż, żeby zrobić miejsce na nową dostawę. Po roku zamknęła sklep, bo dostała się na fotografię na UW. Zdecydowała się portretować modę. Początkowo działała na własną rękę, potem połączyła siły z Łukaszem. I tak jak wspólnie wypracowywali sobie styl w fotografii, tak też wzajemnie wpływali na swoje garderoby.

Łukasz przekonał Agnieszkę do bliskiej mu mody streetwearowej (czapek beanie, bluz z kapturem czy sneakersów), z kolei Agnieszka namówiła Łukasza na koszule, oksfordki i klasyczne levisy 501. Teraz w sklepach szukają podobnych rzeczy, a czasem zdarza się, że przez przypadek ubiorą się identycznie. Podobnie mają z tatuażami. – Pierwszy zrobiłam, gdy miałam 16 lat. Przyszłam do salonu z podrabianą legitymacją, tatuator zgodził się mnie przyjąć, ale postawił warunek, że dziara musi być w niewidocznym miejscu – śmieje się Agnieszka. Kolejne poszły lawinowo.

Oprócz popularnych motywów, takich jak serce, róża czy statek, na rękach fotografki można znaleźć dinozaura lub choinkę, a od niedawna także niezagojony jeszcze karciany pik. Agnieszka traktuje swoje ciało jak brudnopis. Projekty tatuaży wymyśla na ostatnią chwilę, a najchętniej odwzorowuje prace swoich ulubionych rysowników, m.in. Christiane Spangsberg i Saula Steinberga. Spośród wszystkich tatuaży Agnieszki wyróżnia się jeden – bliźniaczy ma Łukasz. Przedstawia ich samych i psa Gonzaleza, gryfona, którym się opiekują. Brakuje tylko Stelli, gryfonki, która dołączyła do ekipy trochę później.  Na następnej wizycie u tatuatora z pewnością nadrobimy jej nieobecność! – śmieje się Agnieszka.

Tekst: Michał Koszek
Foto: Łukasz Pik

Agnieszkę i jej prace znajdziecie na Instagramie!

Foto: Łukasz Pik

Dodaj komentarz