Anderson .Paak: Miłość i ból, i ta cała cholerna reszta

Anderson .Paak „Malibu” EMPIRE / OBE / Steel Wool / Art. Club

Warszawscy barmani w swoich wielkopańskich zwyczajach często krzywią się i foszą, kiedy zamawia się u nich malibu z mlekiem, drink zbyt prosty i popularny jak na ich umiejętności i standard miejsca, w którym pracują. Wydaje mi się, że podobnie zareagować może wielu miłośników soulu, kiedy głębiej wsłuchają się w to, o czym śpiewa na swoim drugim albumie Anderson .Paak. Soul bowiem w ostatnich dekadach został – parafrazując pannicę Peaches – kompletnie wyruchany z bólu. Gatunek, który u zarania opowiadał o zwyczajnym, codziennym życiu, u schyłku zeszłego millenium został przez wielki biznes fonograficzny (produkujący lounge’owe składaki i cukierkowe, plastikowe r’n’b) zamknięty w sypialni i nieustannie zmuszany do czynności seksualnych.

Schedę kronikarza powszedniości przejął rap (który swoją drogą jeszcze szybciej niż jego starszy kuzyn został zbałamucony przez showbiz), a tylko garstka artystów brała nadal na warsztat – poza miłością, pożądaniem i zazdrością – również takie emocje jak duma, lęk, wiara, żal czy radość znajdowana w zwyczajnych, banalnych wręcz czynnościach.

Na szczęście dziś, po latach trzyzmianowej fonograficznej prostytucji, internet rozluźnił duszące objęcia majorsów. Gatunki redefiniują się już nie tylko w związku z listą billboardu, a wielkie, konceptualne albumy pokroju „To Pimp A Butterfly” Lamara, „Black Messiah” D’Angelo czy „The Epic” Washingtona trafiają w gusta szerszych gremiów. Na szczęście to w tych czasach tworzy Anderson .Paak i – na szczęście też – po jednym przeciętnym krążku na którym taplał się w mleku, miodzie i glitchowych syntach, zrozumiał, że nie tędy droga.

Co prawda Anderson już wcześniej zrezygnował z ksywki Breezy Lovejoy (sic!), ale pewność, że nie ma co gonić Weekndu, zyskał chyba dopiero wtedy, gdy zobaczył, jak ambitne koncepcje jego koleżków zyskują poklask. No i gdy Dr Dre zaprosił go do współpracy przy niedawnym „Compton”.

Brandon Paak Anderson – jak naprawdę nazywa się ten kalifornijski wokalista, raper i producent – nie aspiruje jednak do tworzenia ponadgatunkowych koncept albumów z afroamerykańską historią w tle. Interesuje go teraźniejszość i los jego bliskich: rodziców, żony, syna, ale też sąsiadów, a nawet ludzi mijanych na ulicy – zwyczajnych przedstawicieli wymieszanej rasowo amerykańskiej klasy średniej, której życie nie ma zbyt wiele wspólnego ze snem. Los tych, którzy już w wieku sześciu lat przymierzają swoje pierwsze jordany, a kiedy dorastają pełnoletności, stać ich na operacje powiększenia biustu. Los tych, których myśli zagłusza wiecznie odpalony telewizor, a ich ambicje zastępują perspektywy „łatwych”, hazardowych wygranych. Los także tych, którzy swoich krewnych odwiedzają w więzieniach, a od bezdomności i ubóstwa dzieli ich dużo mniej niż im się wydaje.

To o nich Brandon śpiewa przy wtórze raz samplowanego, a innym razem granego na żywo tłustego, acz ruchliwego, basowego groove’u, za którego funkową energię, rapowy luz i soulową bliskość odpowiadają m. in. DJ Khalil, Madlib, Kaytranada czy The Free Nationals. O nich też zaśpiewa w najbliższy piątek w warszawskiej klubokawiarni Miłość. I niech tylko barmani się zbytnio nie puszą, bo to w gruncie rzeczy bardzo przyziemna muzyka. Może nie całkiem prosta, ale niedługo – nie mam co do tego wątpliwości – bardzo popularna, więc to już chyba ostatnia okazja, żeby zobaczyć Andersona w tak kameralnych warunkach.

Dodaj komentarz

-->