Czarne złoto czyli dlaczego w Polsce mamy najdroższą kawę w Europie?

„Kawa, moja wspaniała kawa, nikt zabierać jej nie ma mi prawa” – lata temu podśpiewywał sobie Łona w refrenie bodajże największego hitu swojej macierzystej formacji, Wiele C.T. I to ten właśnie cytat kołacze mi się w głowie za każdym razem, gdy płacę 8 zł za skromną liżankę czarnego trunku, który wprawia cały ten świat w ruch. Ba, bywa, że płacę dychę, 12, a w niektórych lokalach zdarza się pazerniakom liczyć doppio jako dwa espresso i żądać za tę przyjemność prawie dwie dychy.

Wychodzi więc na to, że mamy jedną z najdroższych kaw w Europie, bo czy to w Berlinie, czy w Paryżu, czy w Lizbonie nie muszę się szczególnie wysilać, żeby za małą czarną zapłacić jeden euro, a czasami nawet i mniej. Ja wiem, że to Warszawa, zepsute, zjebane miasto – cytując innych raperów – i tu się nie pyta sfoszonego barmana o ceny, a w karcie sprawdza się tylko kompozycje składników, ale dopóki klient się nie zbuntuje, dopóty sprzedawca będzie korzystał.

Bo tak jak żarcie z food trucka zdecydowanie zbyt często kosztuje u nas tyle co w knajpie, kawałek chleba do zupy dolicza się zwykle do rachunku, a na wystawienie karafki z wodą stać tylko nielicznych rodzimych restauratorów, tak za kawę płacimy jak za zboże. I nie piszę tu o żadnych dripach, chemeksach czy innych wynalazkach, tylko o zwykłej, staromodnej czarnej z ekspresu – produkcie niezbędnym do życia, którego cena powinna zamykać się w możliwościach nabywczych bilonu.

Od dziś więc bojkotuję knajpy, w których dawka kofeiny kosztuje więcej niż piątaka. I nawet jeśli miałoby to oznaczać, że już zawsze będę musiał chodzić na Puławską do Syryjki albo jeździć do gdyńskiej Mąki i Kawy, to wszędzie indziej w twarz kelnerom i barmanom rzucam parafrazą wspomnianego na początku szczecińskiego barda: „Jak to kurwa 10 złotych? – mówię oczywiście – kawiarnie z drogą kawą są na mojej czarnej liście”.