Luke Vibert – ależ wodzu, co wódz

Luke Vibert
„Bizaster”

Wystarczy rzut oka na dyskografię Luke’a Viberta, żeby odkryć, z jakich dźwiękowych krain sprowadza ingrediencje wykorzystywane przy nagrywaniu muzyki. Wydany pod pseudonimem Plug krążek „Drum’n’Bass for Papa” zdradza młodzieńczą fascynację perkusyjno-basowymi rollerami. Album „Chicago, Detroit, Redruth” pozwala domyślać się, z których miast pochodzą house’owo-techniczne inspiracje. Płyta „Moog Acid”, nagrana w kolaboracji z weteranem francuskiej eksperymentalistyki Jeanem-Jacquesem Perreyem, jest dowodem miłości do kwaśnych, maszynowych brzmień. Wszystkie te różnogatunkowe wpływy podsumowuje natomiast tytuł jego debiutanckiego albumu sygnowanego własnym imieniem i nazwiskiem – „Big Soup”. Twórczość brytyjskiego producenta to jedna wielka, elektronicznie spreparowana zupą. Każdy kolejny album jest dziwnym zderzeniem wpływów, nurtów i naleciałości.

Liczba wydawnictw, jakie pod różnymi pseudonimami – od lepiej znanych, takich jak triphopowy Wagon Christ czy disco-tekowy Kerrier District, po niemożliwe nawet do przeczytania ルーク・ヴァイバート– wydał ów krajan Aphex Twina z hrabstwa Kornwalii, o zawrót głowy zdolna byłaby przyprawić nawet najbardziej wytrwałych stachanowców fonografii. Większość z nich mogłaby też ich rozśmieszyć, jako że jedyną cechą wspólną produkcji Luke’a Viberta jest specyficzny humor.

Dowcipny jest również „Bizaster”. Śmieszne są fragmenty gadek wyciągniętych ze starych gier i VHS-ów, przyspieszony głos Phila Collinsa i dziesiątki innych wokalnych ścinków przewijających się przez cały album.

Struktury, na których są one rozplecione, w XXI wieku bawią już jednak nieco mniej. Charakterystyczne perkusje, oderwane od rytmu syntezatorowe partie i bulgoczące efekty u schyłku millenium, kiedy acidowe brzmienia i drum’n’bassowe tempa dopiero zyskiwały słuchaczy, stanowiły intrygujące novum. Dziś przypominają stary kawał, który choć swego czasu mógł śmieszyć do rozpuku, to dziś budzi jedynie przyjemnie nostalgiczne wrażenie skrywane przez większość pod maską blazy. Bo kiedy w komiksie Tadeusza Baranowskiego „Skąd się bierze woda sodowa” pojawiał się wódz ze swoim nieodłącznym zagajeniem: „Dzisiaj będę straszny, opowiem wam dowcip”, Indianie zawsze odpowiadali mu pytaniem: „Ten o gąsce Balbince?”, po czym ucinali rozmowę przyganą: „Ależ wodzu, co wódz”. Luke Vibert nie ma jednak zamiaru nikogo przepraszać. I może to i dobrze, bo czasem wylatują nam z pamięci nawet najlepsze żarty.

Dodaj komentarz

-->