Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy – recenzja

„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”
reż. J.J. Abrams

I koniec czekania. „Przebudzenie mocy”, kontynuacja Lucasowskiej sagi „Gwiezdne wojny” w reżyserii J.J. Abramsa od piątku w kinach. Zagorzali fani sagi od trzech lat obgryzali z nerwów paznokcie, zastanawiając się jak reżyser „Lost” i „Star Treka” poradzi sobie z legendarną serią. Mogą odetchnąć z ulgą. Kto widział chociaż jeden ze zwiastunów, wie dużo i… nie wie nic. Na pewno sprawy po „Powrocie Jedi” nie potoczyły się w Odległej Galaktyce zbyt dobrze. Od śmierci Imperatora i Dartha Vadera minęło kilkadziesiąt lat. Imperium wcale nie zniknęło – na jego zgliszczach narodził się równie złowrogi Najwyższy Porządek, który wciąż kąsa odradzającą się Republikę. A nasi bohaterowie nie bez przeszkód wciąż szukają swojego miejsca we wszechświecie. Więcej fabuły zdradzić nie mogę, nie chcąc psuć wam zabawy.

Jedno jest pewne – Abrams i reszta znakomicie wywiązali się z niełatwego zadania. J.J., sam będąc fanem „Gwiezdnych wojen”, zrealizował film bardziej lucasowski, niż zrobiłby to dziś pewnie sam Lucas. Albo inaczej – zrobił film, jaki chcieliby zobaczyć też i starsi fani, którym kierunek obrany w częściach I-III był nie w smak.

Mało tu więc poetyki nowej trylogii – często infantylnej, czasem patetycznej i prawie zupełnie pozbawionej poczucia humoru. To znów kino nowej przygody – brawurowe, dynamiczne, a przy tym naprawdę zabawne, co jest zasługą nie tylko scenarzysty Lawrence’a Kasdana (wcześniej napisał „Imperium kontratakuje” i „Powrot Jedi”), ale też aktorów. Prym wiodą tu świetny w roli nawróconego szturmowca John Boyega i i grający jak oaza spokoju, przepełniony życiowym doświadczeniem Harrison Ford.

„Przebudzenie mocy” to jednocześnie kino bardzo uwspółcześnione, „uwiarygodnione” na modłę Nolanowskiego „Batmana”, uczłowieczonego „Bonda” z Danielem Craigiem czy ostatnich produkcji Marvela. Kto zwraca uwagę na szczegóły, na pewno ucieszy się, że kuszę Wookiech naprawdę się obsługuje, miecz świetlny ma konkretny przycisk, którym się go uruchamia, a parsek to nie pseudonaukowe mambo-dżambo, tylko wreszcie jednostka odległości. Kino dla dojrzalszego odbiorcy? Tak. Chociaż „Przebudzenie mocy” ma wreszcie szanse połączyć pokolenia widzów, to nie jest też filmem dla pięciolatków – z Jar Jarem włażącym w kupę na ulicy i milusimi, kudłatymi Ewokami pokonującymi drewnianymi pałkami głupawych szturmowców Imperium. Jest groźniej, bardziej bezpardonowo i dosadnie, a mrok znany z „Imperium kontratakuje” często zagląda nam w oczy. Gdyby Lucas miał więcej odwagi, być może w takim duchu nakręciłby „Zemstę Sithów”. Szkoda. Za to Abrams okazał się pojętnym uczniem. Nie tylko z fanowskim pietyzmem użył poetyki starej trylogii, ale też zaadaptował pomysł Lucasa, by filmy w kolejnych trylogiach stanowiły niejako swoje odbicie, miały analogiczne wątki i pojawiające się w podobnych miejscach akcenty. Dlatego nie rozumiem zarzutów niektórych kolegów po piórze, jakoby reżyser po prostu odświeżył historię z „Nowej nadziei” ubierając ją tylko w nowe fatałaszki. To przecież jest część szerszej wizji, planu, według którego powstało również „Mroczne widmo”. Takie jest oryginalne założenie opowiadania historii „Gwiezdnych wojen”! A na dobrze zakamuflowane odwołania do poprzednich części nie sposób przecież się obrazić. Ja się uśmiechałem.

Wspomniałem już o doskonałej grze Boyegi (filmowy Finn) oraz Forda (wiadomo kto), jednak należy jeszcze wyróżnić świetną Daisy Ridley w roli twardej i zdeterminowanej, ale też wrażliwej Ray oraz Adama Drivera w roli mrocznego, chaotycznego Kylo Rena. W ogóle zarówno pomysły na poprowadzenie losów starych postaci, jak i charakterystyka nowych bohaterów zasługują na uwagę – szczególnie mam tu na myśli Finna. Koncept, by zakutego w biały pancerz anonimowego szturmowca pokazać jako myślącego, czującego człowieka okazał się bowiem znakomity. No i wreszcie możemy się dowiedzieć, skąd Imperium (a teraz Najwyższy Porządek) brało swoich wiernych wojowników po tym, jak skończyły się Wojny Klonów!

Pora na łyżkę dziegciu w tej ociekającej miodem beczce, a należy się ona „Przebudzeniu nocy” za komputerowo wygenerowane postacie, którym głosu i mimiki użyczającą Andy Sears (Najwyższy Przywódca Snoke) i Lupita Nyong’o (Maz Kanata). Tak, od „Parku jurajskiego” minęło ponad 20 lat, tak, Abrams postawił w dużej mierze na „practical effects”, ale może właśnie dlatego obecność Minionków z ich ciągle nienaturalną, nie do końca wiernie emulowaną motoryką wyjątkowo kłuła mnie w oczy.

Mimo drobnych mankamentów „Przebudzenie mocy” powinno spodobać się i zagorzałym fanom serii, i wszystkim tym, którzy po prostu mają ochotę na dobre kino fantastyczno-przygodowe. Dostaną wszystko, a nawet trochę więcej.Podobno George Lucas powiedział, że nie pojawi się na premierze „Przebudzenia mocy”, bo czułby się tak, jakby szedł na ślub swojej byłej żony. Cóż, wcale mu się nie dziwię, bo trzymając się analogii – ten jej nowy facet jest od Lucasa dużo atrakcyjniejszy.

Dodaj komentarz