Drivealone – siedem lat czekania

Drivealone
„Lifewrecker”

O sile polskiej branży muzycznej świadczy fakt, że takie płyty jeszcze powstają. Natomiast o słabości, że nie otrzymują odpowiedniej atencji wydawców i trzeba czekać na nie siedem lat. Jak zwykle okazuje się, że autorów mamy utalentowanych, tylko mechanizmy rynkowe jak zawsze bezwzględne. „Lifewrecker” to wydawnictwo bardzo specyficzne, bo skierowane do bardzo wąskiego grona odbiorców.

Piotrek Maciejewski, który był pierwszym basistą Much, ze swoimi kruchymi kompozycjami nigdy nie dotarł do szerokiego kręgu słuchaczy.

Mam wrażenie, że zainteresowanie jego osobą nie wykraczało nigdy poza dwa-trzy internetowe fora (tak, kiedyś były takie czasy). Widać to było doskonale na jego koncercie, który odbył się w ramach poznańskiego Spring Breaku. Widownia? Ta sama co siedem lat temu, wrażliwcy ukierunkowani na emo, fani, ludzie tęskniący.

Stęskniłem się też ja, bo choć moje stylistyczne preferencje przez ten czas dosyć mocno się zmieniły na niekorzyść dla „Lifewreckera”, to jednak każdy przyzna, że Drivealone to prawdziwa pierwsza liga w pisaniu piosenek. Operowanie prostymi, czasem nawet banalnymi środkami i ich oszczędność idą tutaj jednak w parze z ogromem emocji. Nie ma tu stylistycznej wolty, to cały czas gitara pożeniona z wyliniałymi efektami cyfrowymi, tła budowane z nagrań ulicy, wycofany wokal, bardzo szczere teksty, które niestety podane są słuchaczowi po angielsku.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, jak wiele się przez te lata u Piotrka zmieniło, ponoć zajmował się muzyka do spektakli teatralnych, tego tutaj za bardzo nie słychać. Teatr to sztuka gry, interpretacji. Na „Lifewreckea” ja natomiast słyszę samą prawdę, czasami bolesną.

Dodaj komentarz