Na głębokiej wodzie. 5 filmów z oceanem w roli głównej

Po „W samym sercu morza” Rona Howarda morskie przygody są na fali. Jeśli przypadła wam do gustu potyczka Chrisa Hemswortha z wielkim kaszalotem, sięgnijcie po inne filmy, których bohaterowie ufundowali sobie zimny prysznic.

 

„Pan i władca: Na krańcu świata”
reż. Peter Weir


Epicki dramat historyczny opowiadający o zabawie w kotka i myszkę podczas wojen napoleońskich. W głównej roli srogiego brytyjskiego kapitana wystąpił Russell Crowe, w 2003 r. gwiazda absolutna, aktor obsypany nagrodami za „Gladiatora” i „Piękny umysł” (tutaj również partneruje mu Paul Bettany). Aż żal, że to doskonałe kino marynistyczne powstało tuż przed epoką powszechnego sequelowania każdego możliwego filmu, bo realia i klimat panujący na pokładzie XIX-wiecznego żaglowca oddane są wybornie. Doskonały efekt został osiągnięty dzięki zaledwie 10 dniom zdjęciowym spędzonym na morzu. Cała reszta to zasługa montażystów i pomysłowego wykorzystania repliki statku zanurzonej w sztucznym zbiorniku. Świetny, ponadczasowy obraz.
 

„Łódź ratunkowa”
reż. Alfred Hitchcock


„Lifeboat” bywa często uważany za jeden z najbardziej niedocenianych filmów Alfreda Hitchcocka. Powstały podczas II wojny światowej, do dziś broni się nie tylko odważną jak na ówczesne czasy i sytuację geopolityczną fabułą, ale także pierwszorzędną i pomysłową realizacją. Tworząc historię trzech mężczyzn (w tym jednego nazisty) oraz trzech kobiet ocalałych z katastrofy morskiej i dryfujących wspólnie na tratwie, wybitny reżyser musiał zmagać się z wieloma poważnymi problemami. Na planie doszło do niejednej kontuzji (pierwszoplanowy aktor niemal utonął), a sam twórca musiał stawić czoło trudnościom w operowaniu wąskim kadrem oraz (co nie mniej ważne) oraz znaleźć uzasadnienie, by samemu pojawić się w małej roli na ekranie. Efekt? Mistrzowski.
 

„Waterworld”
reż. Kelvin Reynolds


Mokry sen Kevina Costnera, wyprodukowany za astronomiczną jak na 1995 rok kwotę 170 milionów dolarów. Powszechna opinie głoszą, że to absurdalny gniot i jedna z największych wtop finansowych w historii Hollywood. Tą drugą można z miejsca obalić, bo film bardzo dobrze radził sobie na rynku home-video i ostatecznie przyniósł 100 milionów dolarów zysku. Sprawa z jakością „Wodnego świata” jest mocno dyskusyjna. Trudno nie zazgrzytać zębami przy kilku co bardziej absurdalnych pomysłach scenarzystów. Jednak sama wizja zalanego wodą świata i świetna scenografia sprawiają, że miłośnikowi morskich klimatów trudno przejść obok tego obrazu obojętnie. Szczególnie gdy w obiektywie kamery pojawia się środek transportu głównego bohatera, mocno zmodyfikowany, ogromny trimaran. Sceny z jego udziałem są wystarczającym powodem, by jeszcze raz odpalić ten film.
 

„White Squall”
reż. Ridley Scott


Film opowiada prawdziwą historię brygantyny HMS Albatross, która zatonęła w 1961 roku za sprawą uderzenia tytułowego białego szkwału. Jedno z mniej znanych dzieł Ridleya Scotta nie zawojowało kin w momencie premiery, ale do dziś jest cenione wśród wodniaków za rzetelne ukazanie pokładowych realiów, przekonujące ukazanie wycieńczenia załogi oraz cieszące oko ujęcia przepięknego żaglowca. Warto obejrzeć i przymknąć oko na niektóre zbyt ckliwe sceny.
 
„Gniew oceanu”
reż. Wolfgang Petersen

Kolejna prawdziwa historia. Tym razem trzymamy kciuki za losy załogi kutra rybackiego, który znalazł się w samym sercu „sztormu doskonałego”, jaki nawiedził wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych w roku 1991. Główne role grają George Clooney i Mark Wahlberg, ale prawdziwym bohaterem filmu jest narastający z minuty na minutę gniew oceanu. Wygenerowane komputerowo fale sięgające nieba robią kolosalne wrażenie i pozwalają praktycznie na własnej skórze odczuć dziką potęgę morza.