(Afro)American Film Festival – obrazy z getta

Kiedy oglądając czarną komedię, orientujesz się, że bohaterom wcale nie chodzi o to, żeby z całego rozgardiaszu, który rozpisali dla nich scenarzyści, wyjść nie z jak największą ilością forsy, trawki i jakąś wysportowaną dzierlatką u boku, ale z miejscem na… uniwersytecie, to wiedz, że coś się dzieje. Nawet jeśli Spike Lee od dawna już bił na alarm, John Singleton i bracia Hughes w swoich pierwszych filmach rozdrapywali rany jątrzące ich własne społeczności, a w tak sympatycznie głupich obrazkach jak „Piątek” czy „Chłopaczki z sąsiedztwa” można znaleźć wątki socjologiczne, to większość kina afroamerykańskiego zazwyczaj gloryfikowała równie ekscytujące co krótki, gangsterski żywot. „Dope” jest inne.

Mimo że większość filmu upływa nam na machaniu głową do klasycznych hiphopowych bitów, podśmiewaniu się z niewybrednych żartów i śledzeniu przetaczającej się przez ekran feerii barw, odniesień i wtrętów, to na koniec zostajemy z przesłaniem, które bardziej niż do komedii głównego nurtu pasuje do społecznie zaangażowanego dramatu interwencyjnego. Bo choć niewolnictwo zdelegalizowano w Stanach Zjednoczonych w 1865 roku, segregację rasową zniesiono w 1964, a w Białym Domu urzęduje aktualnie Barack Obama, to sporadyczne doniesienia z ulic Harlemu czy South Central każą się zastanowić nad tym, jaki wpływ mają polityka i ustawodawstwo na życie przeciętnego czarnego obywatela USA. „America Is Dying Slowly” – dobitnie stwierdzili w 1996 roku członkowie Wu-Tang Clanu. Choć nawijali wtedy o epidemii AIDS, a hip-hop zawsze miał skłonność do radykalizmu, teorii spiskowych i czarno-białego (nomen omen) widzenia świata, to dwa z dokumentów wyświetlanych na tegorocznym American Film Festivalu skłaniają do rozważań nad tym, czy to nie Ice Cube, The Coup i dead prez dają bardziej wiarygodny obraz życia w „kolorowych” dzielnicach Los Angeles czy Nowego Jorku niż CNN i ABC News, o Fox nawet nie wspominając.

Beautiful Struggle

Im dłużej piszę, tym bardziej unikam anglojęzycznych tytułów recenzji czy artykułów, jednak zbitka słowna, pod którą ukazał się drugi krążek Taliba Kweli pasuje do filmu Khalika Allaha „Field Niggas” jak ulał. Niespełna godzinny, impresyjny dokument nowojorski fotograf nakręcił w całości na rogu 125ww i Lexington w Harlemie. U zbiegu tych dwóch ulic toczy się typowe nocne życie dzielnicy, która mimo postępującej gentryfikacji wciąż boryka się z problemami bezdomności, prostytucji, narkomanii i policyjnej brutalności. Obchodzący w tym roku 30. urodziny kronikarz tego skrzyżowania niekoniecznie uznaje tę sytuację za problemy – od kilku lat robi zdjęcia i filmuje lunatyków okupujących ten winkiel, a jednocześnie unika jakiejkolwiek oceny. Z uwagą, otwartością i chęcią zrozumienia podchodzi do dilerów, gangsterów, dziwek i wszelkiej maści innych odszczepieńców, którzy w zamian obdarzyli go swoim zaufaniem. By go nie nadużywać i nie dać stróżom prawa powodów, by niepokoili jego (anty)bohaterów, wykorzystał on specyficzny zabieg, w którym ścieżka dźwiękowa odkleja się od obrazu – skąpane w czerni postaci nie zawsze są więc tymi, których komentarz aktualnie słyszymy z offu. Zmusza to widza do nieustannej czujności, a jednocześnie nie pozwala mu – jak świadkowi na rozpoznaniu – wydać zbyt szybkiego sądu opartego wyłącznie na emocjach i stereotypach wtłaczanych nam nieustannie przez media. Pozwala dostrzec surowe piękno owej, często z góry już skazanej na porażkę, życiowej szarpaniny, w którą wciągnięci zostali lub na własne życzenie się w nią włączyli przewijający się przez ekran ludzie. Ludzie, którzy o ile nie noszą mundurów, bardzo rzadko mają biały kolor skóry, zaskakująco rzadko.

Co się dzieje w getcie, zostaje w getcie

Spośród każdych 10 Afroamerykanów jeden wejdzie w swoim życiu w konflikt z prawem. Jeśli natomiast pod uwagę weźmiemy białych obywateli USA, ten stosunek zmienia się drastycznie – tylko 1 na 61 będzie miał do czynienia z organami ścigania. Przytłaczającą większość populacji zapełniającej amerykańskie więzienia – które, co nie bez znaczenia, są jednym z najprężniej działających sektorów tamtejszego „biznesu” – stanowią „kolorowi”. Skazani Afroamerykanie tracą prawa wyborcze i prawo do zasiłku, w wielu stanach dożywotnio. I choć wkraczamy w tym momencie na – tak bardzo lubiane przez raperów – terytorium teorii spiskowych należałoby się zastanowić, czy ktoś nie ma w tym interesu. Dowodów na to, że amerykański system sprawiedliwości przeżarty jest przez rasizm, już sama projekcja „Uśpionego mordercy” („Tales of the Grim Sleeper”) dostarcza co niemiara. Dokument nakręcony w centralnym Los Angeles przez Nicka Broomfielda siłą swojego oddziaływania przypomina najbardziej dramatyczne reportaże wojenne. Kiedy jednak „Scena zbrodni” relacjonuje zdarzenia z czasów przejmowania władzy przez indonezyjską juntę wojskową, a „Wojna Restrepo” toczy się w Afganistanie, to historia seryjnego mordercy ochrzczonego przez media przydomkiem Grim Sleeper rozgrywa się w kraju, który działania wojenne od dekad prowadzi jedynie na terytoriach swoich wrogów. Skala wyniszczenia i degeneracji społeczności South Central może przerazić nawet najbardziej znieczulonych, nałogowych widzów TVN24. Pandemia cracku, od lat niszczące więzi społeczne bezrobocie i bieda, głód, wrogość, chciwość i nieufność – w takich okolicznościach zabójca niezliczonej liczby kobiet mógł prowadzić swój mrożący krew w żyłach proceder przez ponad 25 lat, nieniepokojony przez nikogo. W takich też okolicznościach reżyser, któremu wiele osób zarzuca, że naciąga fakty i szuka w swoich filmach taniej sensacji, prowadzi wyczerpujące śledztwo dziennikarskie. Za sprawą Pam Brooks, obdarzonej sporą dozą charyzmy narkomanki i prostytutki na emeryturze, udaje mu się dotrzeć do ludzi i faktów, którymi policja nie interesowała się przez ćwierć wieku. Będąc przedstawianym jako Brytyjczyk, a nie biały Amerykanin, wchodzi do miejsc w niczym nieprzypominających tych, które możemy zobaczyć w „Dope”. Tylko w fabułach bowiem getto jest barwne, wyluzowane i nawet pod względem niebezpieczeństw nieco zabawne. I niestety tylko w fabułach jego nastoletnim mieszkańcom udaje się dostać na Harvard… „Uśpionego mordercę” będzie można obejrzeć podczas festiwalu Watch Docs w Warszawie w sobotę 4 grudnia.