#9/ Latający kwiat lotosu oznajmia, że jesteś martwy!

Karnawał to słowo, które jakoś nie kojarzy mi się najlepiej. Przed oczami mam bal, na którym wąsaci, spoceni pod pachami panowie w koszulach wepchanych do jeansowych spodni, wywijają z pstrokato ubranymi paniami coś, co roboczo nazywam polish salsą. To ten czas w roku, kiedy najbardziej fundamentalny katolik bez wyrzutów sumienia, choć z wyrzutami żołądka, aplikuje sobie alko w postaci czystej i jest prawdziwie wolny. Dla takich jak ja, co to imprezują zawodowo i dawno zostali ekskomunikowani, nie jest to bardziej ekscytujący czas niż zwykle. Rozleniwiony i zblazowany siedzę przed ekranem i zczytuje zatrważające wieści z – jak to jeden rzekł –  środków masowego „przerazu”. W tle leci muzyka, która skleja mi wszystkie informacje w całość.

Porwany samolot przelatuje nad berlińską imprezą, myśli zatopionych w beztrosce i hedonizmie spotykają się z  modlitwą tych co dryfują. Oddaliby wszystko za jedną imprezę techno. Szum cyber-wojny i eksplozja political assassination oznajmiają, kto jest nowym wcieleniem wielkiego brata, kto wyrzuca noworodki z inkubatorów, kto będzie służyć ludzkiej sprawie jako wcielone zło. Kiedy ciężarna muzułmanka wysadza się bombą a kule latają w redakcji pisma satyrycznego, krzyki, krew i hałas kumulują się w akcent i narastają jazzowe pochody. Nad wszystkim panuje wesoła, pełna wrzawy atmosfera. Taki NYC w momencie szczytu. Eksponaty sklepowe kuszą seksem jak nigdy, a my pozwalamy uwolnić swą zwierzęcość pod czujnym okiem sztucznej, czyli prawdziwej inteligencji. Małe robaki biegają po labiryntach korporacji, kontynuując ten niekończący się wysiłek, ale na chwilę wychodzi słońce i wszyscy znowu sobie przypominają że są ludźmi, że za czymś tęsknią i że to nienazwane, bolące w podbrzuszu coś, zawsze będzie ich dręczyć. Słońce powoli zachodzi, popołudniowa sielanka pełna spotkań; party na jachcie, menele w bramie, ludzie srający psami w parkach – wszyscy są ze swoimi bliskimi. Samolot jeszcze nie upadł, ale pogodził się z losem, w Istambule zdrapują ciało z posadzki, wszyscy są Charlie’m, w Afryce Boko Haram szykuje się do rzezi, gdzieś teleportowano cząstkę materii, gdzieś klonowano świnkę morską, ale nie wyszło. Chaos porządkowany niezrozumiałymi prawami natury, bez początku i bez końca, rozkręca się i wychodzi jakby na wierzch. Wraz z wieczorem ustaje wiatr, choć australijski premier udaje się przecież na poranny surfing. Kim Dzong Un z przyjemnością konsumuje film o zwycięstwie jego Korei w mistrzostwach piłki nożnej, z ekscytacji wcisnął guzik atomowy, ale szczęśliwie dla kurew kapitalizmu, coś się zacięło. Poddani godnie znosząc głód, wyrabiają normę. Krzysztof Komeda z Markiem Hłasko zmartwychwstali i przechadzają się po kalifornijskiej plaży. W Kashmirze drobna utarczka z użyciem broni automatycznej, w Tybecie jak zwykle, nic się nie dzieje, kwitnie pokojowy komunizm. Climax nie chce nadejść, choć prosisz w myślach o to.  Samolot nie chce spaść, akcent nie spada na uszy. Zamiast tego łagodny beat i dzwonki. To chyba londyńska kuchnia odznaczona siedmioma gwiazdkami Michelen, wypluwa pretensjonalnie słodkie Crème brûlée, poprzedzone niezjadliwymi i przerażonymi homarami. Bayern Monachium kupił utalentowanego noworodka i zaraz zaprezentuje go w klubowej koszulce, londyńskie metro i polskie kopalnie strajkują.  Samolot już nie spadnie, przynajmniej nie w naszych głowach. Już za głośno na stadionach, w klubach i na jam session. Ci przykuci do teleodbiornika i ci wolni internetu, z różnych powodów nie będą niczego świadkami. Skalpel przeciął oś czasu, zatrzymał go prezentując kalejdoskop warstw. Pijemy, słuchamy, wciągamy, czytamy, widzimy, wdychamy, dotykamy, smakujemy, umieramy, ruszamy dalej w nowy wymiar.

 Ten samolot już nigdy nie spadnie..

Maślak