10 filmów, które trzeba zobaczyć na American Film Festival

Październik we Wrocławiu po raz dziewiąty upłynie pod znakiem kina amerykańskiego. Na American Film Festival obyło się bez rewolucji. Tradycyjnie dostajemy pierwszorzędną dawkę nowości, długo oczekiwanych tytułów i mniej znanej klasyki. Oto 10 mniej oczywistych propozycji, które warto obejrzeć w Kinie Nowe Horyzonty między 23 a 28 października.

Góra
(The Mountain)
reż. Rick Alverson

Czołowy mizogin amerykańskiego kina, Todd Solondz, doczekał się godnego konkurenta. W znanych bywalcom festiwalu posępnych komediach („Komedia” i „Rozrywka”) Rick Alverson pokazał już, na co go stać w dziedzinie niechęci do świata. Jednak w najnowszym filmie, pokazywanej na ostatnim festiwalu w Wenecji „Górze”, nie tylko przechodzi samego siebie, ale też decyduje się na poważniejsze obserwacje. Przenosimy się do zaskakująco szarych lat 50. rodem z obrazów Hoppera. To nie najlepszy czas dla psychiatry Fiennesa, zagorzałego zwolennika lobotomii. Gdy władze jego szpitala rezygnują z takich inwazyjnych metod, specjalista rusza w podróż po Ameryce, do enklaw szczęśliwości, gdzie jeszcze można pomajstrować w mózgach chorych. Jako fotograf towarzyszy mu Andy, syn jednej z jego pacjentek. „Góra” to kino drogi bez hollywoodzkiego odkupienia, obraz wypieranych uczuć i despotycznych mężczyzn, którzy chcą mieć kontrolę nad życiem innych. Ten ekscentryczny, wymagający film przypadnie do gustu fanom filmów Yorgosa Lanthimosa.

Ugotowani
(In the Soup)
reż. Alexandre Rockwell

Komiczny antyporadnik dla wszystkich ambitnych grafomanów, którzy w szufladach trzymają gotowe scenariusze i tylko czekają, aż pewnego dnia zwróci się do nich hojny producent. W komedii Rockwella, reżysera m.in. jednej z nowelek w kultowych „Czterech pokojach”, taką właśnie postacią jest Aldolpho. Zadłużony fantasta (świetny Steve Buscemi), beznadziejnie zakochany w sąsiadce, wpada na mafiosa gotowego wyłożyć sporą sumkę na jego przełomowy projekt. Od początku wiadomo, że to nie może się udać, bo scenariusz liczy z 500 stron i jest potokiem intelektualnych pretensji Aldolpha. Rockwell w swoim najbardziej udanym, niesłusznie zapomnianym komediodramacie ukazuje niedole niezależnych filmowców i pasję, która staje się przekleństwem. W 1992 r. ten słodko-gorzki poradnik przyniósł mu główną nagrodę na festiwalu Sundance. Na AFF-ie w ramach retrospektywy zobaczymy też inne filmy tego reżysera, którego nigdy nie skusiły intratne propozycje z Hollywood.

Her Smell
reż. Alex Ross Perry

Autor „Królowej Ziemi” i „Do ciebie, Philipie”, błyskotliwych dramatów pokazywanych na AFF-ie w ubiegłych latach, po raz drugi opiera swój film na talencie Elisabeth Moss. I udowadnia, że to jedna z najlepszych aktorek młodego pokolenia. „Her Smell” jest portretem rozchwianej emocjonalnie punkówy na zakręcie, liderki zespołu, która im bardziej traci werwę na scenie, z tym większą wprawą niszczy świat wokół siebie. Perry’emu, natarczywie śledzącemu twarz Moss, udaje się uchwycić chwilę otrzeźwienia, moment, gdy artysta musi zmierzyć się z konstatacją: twój czas już minął. „Her Smell” to mniej uładzona wersja „Narodzin gwiazdy”, film, który energią i formalną dezynwolturą dorównuje kinu Gaspara Noégo, a przewyższa je pod względem psychologicznej autentyczności.

Filmy Sary Driver

AFF to nie tylko festiwalowe świeżynki. Organizatorzy od lat przypominają też twórczość autorów nieco już zapomnianych, bez których współczesne kino niezależne wyglądałoby zupełnie inaczej. O Sarze Driver obecnie mówi się głównie jako o partnerce Jima Jarmuscha i producentce jego przebojów. Tymczasem można zaryzykować twierdzenie, że gdyby nie jej odważne filmy z lat 80., nie powstałyby takie klasyki jak „Inaczej niż w raju”. We Wrocławiu zobaczymy dwa tytuły Driver. Debiutanckie czarno-białe „Nie jesteś mną” to portret pacjentki szpitala psychiatrycznego, boleśnie konfrontującej się z nieprzyjaznym światem. „Sleepwalk” zaś jest psychodeliczną historią manuskryptu, który powoli niszczy życie pewnej Amerykanki. Za zdjęcia do obu produkcji odpowiadał nie kto inny niż Jarmusch. To być może jedyna okazja, by obejrzeć ikoniczne tytuły w polskim kinie.

Mandy
reż. Panos Cosmatos

Najlepsza rola Nicholasa Cage’a od lat – tekst przewijający się w wielu recenzjach filmu Cosmatosa brzmi jak okrutny żart. Tymczasem aktor idealnie odnajduje się w roli desperata, który nie ma nic do stracenia. Być może coś na ten temat wie. Tytułowa bohaterka to jego ukochana, niespodziewanie zamordowana przez członków tajemniczego gangu. Po nastrojowym, usypiającym czujność publiczności wstępie „Mandy” staje się brutalnym kinem zemsty, którego siłą jest kapitalna strona wizualna. Reżyser za pomocą halucynacyjnych obrazów buduje nastrój osaczenia i narastającej paranoi, w czym pomaga mu też niepokojąca ścieżka dźwiękowa niedawno zmarłego Jóhanna Jóhannssona. Przywiązanie do detalu i ciągłe próby dezorientowania widza mogą się kojarzyć z produkcjami Windinga Refna. Cosmatos – syn twórcy „Cobry” – nie popełnia jednak błędów Duńczyka. Na szczęście w kinie chodzi mu tylko o krwawą rozrywkę.

High Life
reż. Claire Denis

Wysłać Roberta Pattinsona w kosmos albo chociaż na orbitę – to pewnie marzenie niejednego ortodoksyjnego fana arthouse’u. Tymczasem 32-latek, tak jakby na złość, występuje w kolejnych ambitnych projektach (w przygotowaniu m.in. ekranizacja Coetzeego) i choćby w „Good Time” potwierdza, że umie dźwigać na swoich barkach ciężar całego filmu. W „High Life”, anglojęzycznym debiucie weteranki francuskiego kina, wciela się w rolę przestępcy, który by uniknąć kary śmierci, uczestniczy w straceńczej misji kosmicznej. Jego statek kieruje się ku czarnej dziurze w poszukiwaniu alternatywnych źródeł energii. Obecni na pokładzie naukowcy badają ponadto reprodukcyjny potencjał więźniów. Wskutek jednego z eksperymentów na świat przychodzi córka głównego bohatera. Ten wydawałoby kuriozalny scenariusz Claire Denis zamieniła w enigmatyczne studium ludzkich zachowań w ekstremalnych okolicznościach. Tak jak w swoim wampirycznym dramacie „Trouble Every Day” z Vincentem Gallo, łamie wszelkie zasady gatunku. Stawia na nastrój zamiast akcji, olśniewa stroną wizualną, mnoży niewiadome, tworząc ostatecznie jeden z najciekawszych filmów science fiction ostatnich lat.

Phantom Cowboys
reż. Daniel Patrick Carbone

Siedem lat może zmienić wszystko. Marzenia stają się przygnębiającym obciążeniem. Plany trzeba odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. Czasem rzeczywistość przynosi jednak coś pozytywnego. Co o tym decyduje – własne ambicje czy przywileje klasowe? To pytanie w swoim melancholijnym, długo przygotowywanym dokumencie zadaje reżyser Daniel Patrick Carbone. W 2009 r. postanowił śledzić z kamerą trzech nastolatków pochodzących z różnych regionów Stanów i odmiennych środowisk. Następnie wrócił do nich w roku 2016, by przekonać się, jak po latach wygląda ich życie. Swobodnie przeskakując między przeszłością a teraźniejszością, „Phantom Cowboys” w nieoceniający sposób pokazuje dorastanie w Ameryce po kryzysie ekonomicznym. Carbone już w swoim fabularnym debiucie „Nie uśmiechaj się” pokazał, że potrafi z wyczuciem opowiadać o rozterkach młodych ludzi. Jego nowy, intymny film jest jeszcze bardziej poruszającym, autentycznym obrazem utraty złudzeń.

Strażniczka
(A Vigilante)
reż. Sarah Daggar-Nickson

Superbohaterka na miarę naszych czasów. Sadie to samotna mścicielka, która staje w obronie ofiar przemocy domowej. Telefon do tytułowej strażniczki krąży wśród bywalczyń grup wsparcia, zdesperowanych kobiet, często psychicznie i materialnie uzależnionych od swoich oprawców. Gdy otrzymuje zgłoszenie, wkracza do akcji. Daje nauczkę wielbicielom rozwiązań siłowych, walcząc z nimi ich własną bronią. Pięścią i szantażem. Sama też kiedyś dzieliła życie z brutalnym mężczyzną, a kolejne zadania, które wykonuje, wydają się przygotowaniem do jej osobistej zemsty. Debiut Sary Daggar-Nickson to kino napędzane wściekłością, kontrowersyjny obraz zaklętego kręgu przemocy, z którego – jak się wydaje – nie ma ucieczki. Choć scenariusz może się kojarzyć z eksploatacyjnymi produkcjami klasy B, reżyserka nie pozwala sobie na uproszczenia ani nie fetyszyzuje przemocy. Pomaga jej w tym niestrudzona Olivia Wilde w głównej roli.

Relaxer
reż. Joel Potrykus

Zbliża się rok 2000, więc jak przystało na milenialsa, Abbie ma ambitne plany. Musi jak najszybciej dojść do 256. poziomu „Pac-Mana”. Założył się o to ze starszym bratem. Żeby nie było zbyt łatwo, chłopak nie może wstać z kanapy. Dni mijają, graczowi zaczyna brakować wody i jedzenia, a brud przyciąga niechcianych lokatorów. Oparty na komicznym pomyśle „Relaxer” to niecodzienne kino survivalowe, pełne groteskowego humoru i sytuacji na granicy dobrego smaku. Z jednej strony zafascynowane najntisową estetyką, z drugiej – radykalnie krytyczne wobec wyobcowującej konsumpcji popkultury. Wyzwanie nie dla każdego widza.

Ewangelia Eureki
(The Gospel of Eureka)
reż. Donal Mosher, Michael Palmieri

Wiara, Bóg i ostry makijaż. Charyzmatyczni kaznodzieje i religijne drag queens. To nie scenariusz kolejnej obrazoburczej komedii Johna Watersa, lecz rzeczywistość niedużej miejscowości w stanie Arkansas. Eureka Springs to miasto kontrastów, w którym jak w (pękniętej) soczewce skupiają się problemy współczesnej Ameryki i jej różnorodność. Z jednej strony bombastyczne msze i spektakle pasyjne przyciągające rzesze żądnych sztucznej krwi widzów. Z drugiej – gejowski bar prowadzony przez parę głęboko wierzących gejów, którzy chcą znaleźć swoje miejsce w życiu Kościoła. Twórcy tego przewrotnego dokumentu nie prezentują tych dwóch społeczności jako przeciwnych stron barykady. Rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana, niż chcieliby tego politycy, a wiara, tak jak miłość, przyjmuje najróżniejsze oblicza. Po seansie ma się ochotę otworzyć drag queen bar w Licheniu.

Wybór i tekst: Mariusz Mikliński

Dodaj komentarz